O Radku Sikorskim można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest politykiem zrównoważonym. Jakie ten fakt będzie miał długofalowe konsekwencje dla Polski, którą jako szef dyplomacji reprezentuje na arenie międzynarodowej, przekonamy się zapewne za czas jakiś, niestety. W tym kontekście należy zwrócić uwagę na dość osobliwy sposób funkcjonowania Sikorskiego w polityce. Odkąd pamiętam, a pamięć mimo zaawansowanego wieku mam wciąż dobrą, z Sikorskim jest tak, że trudno wytłumaczalne okresy swojej długiej nieobecności w życiu publicznym rekompensuje zupełnie nieoczekiwaną i najczęściej szkodliwą dla kraju chwilową nadaktywnością. Nie sposób pozbyć się natrętnego wrażenia, że działalność publiczna ministra spraw zagranicznych w rządzie Tuska w znacznej mierze zależy od uwarunkowań jego nie do końca zrównoważonej psychiki. Wbrew oczywistym i widocznym zabiegom wizerunkowym samego zainteresowanego taki sposób politycznego istnienia buduje obraz polityka słabego, zmagającego się ze swoimi kompleksami i złymi emocjami, którym ostatecznie i tak najczęściej ulega, niestety.
Doskonałą ilustracją fenomenu Sikorskiego jest jego zachowanie od dnia smoleńskiej klęski. Najpierw długie miesiące głuchego milczenia i to w czasie, gdy aktywność polskiego ministra spraw zagranicznych wydawała się czymś najbardziej naturalnym i oczekiwanym. W związku z tą niezrozumiałą dyplomatyczną ekstrawagancją pozwoliłem sobie nawet wyrazić obawę, czy Radek Sikorski nie jest dziewięćdziesiątą siódmą, z jakichś powodów ukrywaną, ofiarą katastrofy. Czy prawdziwym powodem milczenia była głęboko przeżywana trauma, paraliżujący strach, czy zimna polityczna kalkulacja? – Bóg raczy wiedzieć.
Potem nastał czas hucpy polsko-rosyjskiego pojednania nad zgliszczami prezydenckiego Tupolewa, w którą Sikorski zaangażował się do tego stopnia, że gotów był oddać część swoich kompetencji ministrowi spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej. Do jakiego stopnia ostatecznie mu się to udało, przekonamy się zapewne za czas jakiś, niestety.
Gdy „żar pojednania” się już wypalił i po licznych afrontach Moskwy dla wszystkich stało się jasne, że mieliśmy do czynienia jedynie z „kiczem pojednania”, minister Sikorski znów na długo wycofał się do swojego neverlandu, nazwanego przez niego fantazyjnie „strefą zdekomunizowaną”. Widać człowiekowi znów potrzebne było wyciszenie, dłuższy oddech. Zresztą, jeżeli wierzyć rządowej propagandzie, absolutnie bez uszczerbku dla kraju, bo jak się okazało w międzyczasie Polska awansowała właśnie do grona dwóch, no może trzech, głównych europejskich rozgrywających. Z uspokajającego snu nie wytrącił Sikorskiego nawet skandal z obecnością na lotnisku w Smoleńsku agenta Turowskiego. Minister nie raczył ustosunkować się również i do tej sprawy.
No i wreszcie ostatnia faza ministerialnej kariery Radka Sikorskiego. Znów czas przesadnej aktywności, bezlitośnie zdradzającej objawy jakiejś nerwozy, jeżeli nie wręcz histerii. Mowa o kilku ostatnich tygodniach, kiedy to problematyka smoleńska znów powróciła z całą mocą w związku z zapowiedziami prezentacji i w końcu samymi prezentacjami raportów dotyczących przyczyn katastrofy. Przypomnijmy tylko kompromitację z dyplomatyczną notą pod adresem Watykanu w sprawie uciszenia o. Rydzyka, kuriozalne porównanie wobec zagranicznych mediów przeciwników polskiego rządu do norweskiego szaleńca Breivika i wreszcie swoistą politykę historyczną, której próbką Sikorski zabłysnął na twitterze w przeddzień rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
Może już najwyższy czas, by Donald Tusk uznał kolejnego ze swoich ministrów za człowieka dość honorowego i zasłużonego, by wręczyć mu dymisję. W przeciwnym razie za jakiś czas znów będziemy skazani na popisy dżentelmena, zamęczającego Polaków swoimi prywatnymi fobiami i kompleksami, niestety.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)