5 obserwujących
101 notek
22k odsłony
  194   0

Teologia ateizmu

Ateista to człowiek, który wierzy, że w nic nie wierzy, i że w miejsce wiary posiadł wiedzą pewną, bo naukową.

I. Definicja ateisty


Ateista to człowiek, który wierzy, że w nic nie wierzy, i że w miejsce wiary posiadł wiedzą pewną, bo naukową.

Uwaga: „definicję” podaję dla „ustalenia uwagi”, aby nie popaść w kontrowersje związane z różnymi rodzajami ateizmu – tych bowiem jest chyba więcej niż denominacji u protestantów.

II. Ateizm i teologia


Teologia to nauka o Bogu, w uproszczeniu, ateizm zaś wyklucza Boga – jak tu zatem mówić o teologii ateizmu? A jednak ateizm to swoiste uprawianie nauki o Bogu, „którego nie ma”! Nie może się zatem ateizm obejść się bez teologii, ewentualnie „antyteologii”.

Słowo „ateista” jest zresztą nieadekwatne do światopoglądu ateistycznego, który ateista wyznaje – powinno się raczej używać słowa „antyteista”. Termin „ateista” jest jednak dla niego wygodniejszy i jakby nobilitujący, ponieważ sugeruje swoistą wyższość ateizmu i jego uniwersalność w stosunku do jakiejkolwiek religii.

W praktyce, współczesny nam ateizm jest wojującym bezbożnictwem, a konkretnie, dość ścisłą antytezą Kościoła Katolickiego – inne odłamy chrześcijaństwa wydają się ateistom o wiele bardziej przyjazne ich poglądom, lub mniej warte otwartego zwalczania (rzymscy katolicy: Alleluja!). Paradoksalnie, upadek Kościoła Katolickiego, o który ateiści „modlą się” nieustannie, spowodowałby w konsekwencji upadek ateizmu jaki znamy. (Co w zamian? Pewnie jawne, nijak niezakamuflowane pogaństwo, którego wiele „denominacji” wyrasta na glebie ateizmu i z niecierpliwością oczekuje chwili wyjścia z „katakumb”).


III. KERYGMAT ATEIZMU


1. Boga, źródła mojego istnienia nie ma.
Ja jestem.

2. Boga, uzasadnienia i sensu mojego istnienia, nie ma.
Ja jednak jestem.

3. Boga, celu mojego istnienia, nie ma.
Ja jednak jestem.

4. Boga nie ma, więc go nie będzie. A co będzie ze mną, który teraz jestem?
NIC.


IV. Źródło ateizmu


Rozpatrując kwestię jakiejkolwiek religii, w wąskiej, co prawda, antropologicznej perspektywie, łatwo dochodzi się do wniosku, że każda z nich ma swoje źródło w umieraniu (człowiek rodzi się umierający – pisałem o tym szerzej tutaj: https://www.salon24.pl/u/nickto/1110120,religia-glupcy-czy-czlowiek-musi-wierzyc).

Człowiek religijny wierzy, ateista usilnie twierdzi, że w nic nie wierzy, on wyłącznie „wie”.

Człowiek wierzy, bo jest śmiertelny, ateista nie wierzy (wyłącznie „wie”), bo jest… nieśmiertelny?!

Otóż w pewnym sensie tak właśnie jest! O powszechności umierania wnioskujemy tylko z obserwacji innych, tych którzy nas poprzedzili – nie ma twardych dowodów na to, że śmierć dosięgnie każdego, w szczególności mnie. Przekształcenie tej „wątpliwości” w pomysłowo zakamuflowany „pewnik” jest istotą ateizmu, w każdej jego mutacji!

Lęk przemijania, którego nie jest łatwo „wymędrkować” ze swojego życia, ateista pokonuje za pomocą podwójnego zaprzeczenia:
- po pierwsze, nie uznaje, że śmierć dosięgnie kiedykolwiek właśnie jego,
- po drugie, zaprzecza pierwszemu, czyli temu, że nie uznaje nieuchronności swojej własnej śmierci (nie chce narazić się na śmieszność – śmiech potrafi przecież zabić:). Za ta podwójną gardą ateista śmiało patrzy w przyszłość, zwłaszcza, że jego umysł nieustannie snuje „naukowy” oprzęd, służący do „zamotania”, nawet przed sobą samym, „nihilistycznej głębi” ateistycznej perspektywy.

Ateizm jest  zakotwiczony w postulacie potencjalnej nieśmiertelności człowieka - trudno się zatem dziwić, że aż do XVIII wieku uważany był za chorobę umysłową i niekiedy energicznie zwalczany z obawy przed jej potencjalną zaraźliwością. Nawet dziś, ateizm jawnie deklarowany „cieszy się” elitarnością w statystykach.


V. Ateistyczna nadzieja


A czy jest dla ateisty nadzieja? Otóż jest. Ona tkwi w samym źródle ateizmu: w niemożności udowodnienia, że każdy człowiek umrze, że ja też umrę. To tylko wśród ateistów, bądź ateistów „praktycznych”, można spotkać się z jawną i głoszoną bez zażenowania opinią, że właśnie mnie śmierć nie musi przecież dotyczyć (osobiście się z tym spotkałem, chociaż nie obcuję na co dzień z ateistami).

Wersją soft owej ateistycznej nadziei, właśnie w naszych czasach rozlaną ponad miarę, jest powszechne niemalże mniemanie, że człowiek ma wpływ na to to kiedy umrze. Nie chodzi tu o jakąś tylko nadzieję, ale o silne przekonanie, że oto mamy do czynienia z determinizmem uzależniającym chwilę śmierci od przestrzegania pewnych reguł, przykładowo diety. Świeżym przykładem jest narracja zbudowana wokół choroby kowidowej, zbudowana z pewnością przez ludzi ze środowisk ateizujących. Niestety,  chyba już my wszyscy, nominalnie chrześcijanie, jesteśmy ubabrani ateizmem praktycznym - w kowidowym lustrze doskonale to widać.

Ateistyczna nadzieja nie lubi być nadwyrężaną, dlatego śmierć została praktycznie wyparta z przestrzeni publicznej, a stworzona do jej „obsługi” infrastruktura izoluje człowieka prawie całkowicie od umierania, żałoby, pamięci o zmarłych, itd.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale