nickto nickto
96
BLOG

Wojna dwóch głupot c.d.

nickto nickto Polityka Obserwuj notkę 5
Czy głupota ma przyszłość?

Wojna na Ukrainie trwa i stare polskie przysłowie „Niech na całym świecie wojna…” zupełnie nie działa we wsi, w której mieszkam. Jednym z powodów tego niedziałania mądrości narodu jest swoisty PR jakie tej wojnie fundują komunikaty RCB, czyli rządowego systemu „wczesnego ostrzegania”. Niestety, trudno bez używania słów wulgarnych, skomentować tę działalność, dlatego zdecydowałem się na rzecz łatwiejszą, o której już kiedyś pisałem: https://www.salon24.pl/u/nickto/1514031,wojna-dwoch-glupot – spróbuję napisać parę słów refleksji dotyczących zakończenia tej wojny, które wydaje się jednak nieuchronnie zbliżać, mimo niewątpliwego działania jakichś ukrytych mechanizmów, odsuwających ten moment poza wszelkie rozsądne terminy. Snucie takich prognoz dla blogera, za nic nie odpowiadającego, jest niezmiernie łatwe, jeżeli tylko wyzbędzie się on uczuć „polskiego szowinisty”, którego sympatie muszą być po stronie życzenia, aby ta wojna trwała jak najdłużej.

 W przywołanym powyżej tekście skupiłem się głównie na aspekcie militarnym rozstrzygnięcia tych zmagań, teraz napiszę o rozwiązaniach alternatywnych. Otóż, dla wojującej strony zawsze pożądaną alternatywą jest sytuacja, gdy wróg sam siebie pokona – w dawnych, starożytnych czasach wiązało się to zwykle ucieczką z pola bitwy. W czasach nowszych przykładem podobnym może być wojna francusko-pruska, wypowiedziana przez Francuzów i niezwłocznie „koncertowo” przez nich przegrana, łącznie ze spektakularnym akcentem jakim było dostanie się francuskiego cesarza Napoleona III do pruskiej niewoli.

 Potem były już wojny światowe, z których pierwsza miała zmyć hańbę z Francuzów. Faktycznie Niemcy wojnę przegrały, ale Francja wygrała ją tylko nominalnie i nigdy już nie odzyskała „pierwszoligowej” pozycji mocarstwowej, jaką stosunkowo szybko odbudowała po nieudanej awanturze Napoleona III. Przegrana Niemiec w I wojnie światowej jest klasycznym nowożytnym przykładem ucieczki z pola bitwy – jednak to nie wojska uciekały, lecz dekompozycji uległo państwo, które te, w dużym stopniu do końca sprawne, siły wystawiło. W każdym razie, nie można wskazać żadnej wojskowej operacji, którą by niemieckie wojsko definitywnie przegrało. Skądinąd wiadomo, że po przystąpieniu USA do wojny po stronie alianckiej, wojna była dla Niemiec przegrana, ale nie było to widoczne w żadnym raporcie z linii frontu, który nadal był w całości poza przedwojennym niemieckim terytorium – można było z całym przekonaniem wysłać komunikat: „Na zachodzie bez zmian”, tym bardziej na wschodzie. Także skądinąd wiadomo, że niemiecka kapitulacja, mimo pozorów całkowitej klęski, była dość sprytnym zagraniem, które w efekcie pozwoliło Niemcom uciec spod topora i dość szybko przygotować się do kolejnej światowej awantury. Podsumowując: Niemcy wojnę przegrały, bo przegrało je niemieckie państwo i upadło morale społeczeństwa, za które też odpowiadało państwo dysponujące adekwatnym lecz nie wykorzystanym aparatem propagandy i ewentualnie terroru wobec własnych obywateli. W pojęciu znacznej części obywateli państwo zdradziło Niemcy i Niemcom „należał się” odwet na wrogach, również na Żydach, których działania były decydujące w domniemanej zdradzie. Ten mit i szybka odbudowa Niemiec były znakomitym podłożem entuzjazmu z jakim niemiecko społeczeństwo przystąpiło do II wojny, która zakończyła się też klęską, ale już inaczej niż pierwsza – szybka odbudowa znowu się udała, ale mitu inicjującego III wojnę już zabrakło, jak na razie.

 Tak to było z przegrywaniem i wygrywaniem wojen na naszych zachodnich kresach. A jak będzie na kresach wschodnich? Ja to wiem, bo jestem blogerem, który za nic nie odpowiada. No więc jak? Która strona ma większą szansę rozstrzygnąć tę awanturę z sukcesem? Dodajmy z sukcesem na krótkim dystansie, dystansie nie większym niż jedno pokolenie?

 Co przemawia za zwycięstwem Ukrainy? Najpierw z pewnością geopolityka, a wraz z nią wsparcie jakie Ukraina ciągle otrzymuje, mimo swoich słabości , przykładowo mimo działań ich prezydenta – polityka amatora i komedianta jednocześnie. Ta cała geopolityka to przede wszystkim chęć osłabienia Rosji, a po drugie i w dalszej perspektywie, chęć zdobycia wpływów tak w Rosji jak i na Ukrainie – wpływów, czyli obłowienia się na ich bogactwach. To w zasadzie tylko tyle i aż tyle – donatorzy tej wojnie nie tylko dostarczają materiałów wojennych, ale też zapobiegają samobójczym tendencjom w aparacie państwowym Ukrainy, głównie chęci wzbogacenia się na wojnie jej funkcjonariuszy.

 Całą słabością Ukrainy jest jej słabość faktyczna, słabość wieloaspektowa i rzucająca się w oczy. Jednak ta obiektywna słabość samej Ukrainy nie jest decydująca. Decydująca jest determinacja donatorów wojny i nastroje opinii publicznej w krajach wpierających i, w drugiej kolejności, na samej Ukrainie – rysujące się zmiany polityczne w krajach zachodnich są jednak dziś głównym elementem ryzyka dla Ukrainy. Mimo wszystko wynik wojny, z uwzględnieniem tych aspektów, nie jest jeszcze przesądzony.

 Co zatem z Rosją? Co przemawia za jej zwycięstwem w wojnie? Można by krótko odpowiedzieć: wszystko. Nie ma tu czego analizować, ale jednak rezultat nadal nie jest pewny i to nie tylko dlatego, że pewna jest tylko śmierć (i podatki). Przede wszystkim należy stwierdzić, że Rosja jest niewątpliwie chorym organizmem państwowym, a aktualny czas trwania wojny na Ukrainie jest tego koronnym dowodem. Wobec takiego faktu nie można dziś wykluczyć niekorzystnych dla Rosji scenariuszy zakończenia wojny. Niewątpliwą słabością Rosji jest Putin i jego faktyczna „bezalternatywność”. To zogniskowanie państwa na jednym człowieku sprawia, że nie funkcjonuje ono należycie, czego dowodem jest znowu czas trwania wojny. Jeszcze większym zagrożeniem dla Rosji będzie odejście Putina (czy innego dyktatora), przy braku z góry wypracowanych scenariuszy zmiany przywództwa. Wyłonienie nowej władzy, w warunkach wojennych, może spowodować chaos i nieoczekiwane rozstrzygnięcie wojny.

 Dający się aktualnie zauważyć „spadek morale” społeczeństw państw wspierających Ukrainę wskazuje niewątpliwie na szybkie zmiany bieżących rezultatów prowadzonych walk na korzyść Rosji. Zagadką są apetyty Putina jakie by w takiej sytuacji zostały „podane do stołu rokowań”. Przypuszczalnym limesem mógłby być Dniepr i granica południowa odcinająca Ukrainie dostęp do morza – z pewnością żądania Rosji zmierzałyby do maksymalnego osłabienia zachodniego sąsiada, którego nawet względna samodzielność jest dla niej trudna do zaakceptowania. W razie otwarcia realnych rokowań słabą stroną Ukrainy jest widoczna amatorszczyzna władz tego kraju, szczególnie prezydenta, przykładem może być widoczny nałóg uprawiania zewnętrznej polityki z pozycji pijanego zająca. Większy wpływ na rezultat rokowań będą miały jednak rzeczywiste interesy krajów zachodnich, mitygowane tylko częściowo problemami z opinią publiczną - należy pamiętać, że te interesy są ulokowane po obydwu stronach przyszłej granicy. Niezależnie od rzeczywistego miejsca przyszłych negocjacji, wydaje się, że Ukraina już wykonała swoje zadanie, a układające się strony spotkają się gdzieś w okolicach Jałty.

 Perspektywy dla Ukrainy wydają się raczej smutne, a dla Rosji? Tutaj już trudniej w miarę precyzyjnie poprorokować. Z pewnością wojna osiągnęła już w dużym stopniu nasz polski cel tego wojowania: obydwie strony zostały w dużym stopniu osłabione, obydwie osłabione lecz nie w tym samym stopniu, rzecz jasna. To osłabienie, zarówno Ukrainy jak i Rosji, sprawia że obydwa te państwa będą narażone na ataki sępów. Jeżeli chodzi o Ukrainę to sprawa jest oczywista, ale powojenna Rosja też będzie musiała się zmierzyć z powojennymi problemami pochodzącymi aż z trzech stron: państwa zachodnie, Chiny i sytuacja wewnętrzna. Wydaje się, że najgroźniejszych skutków wojny w przypadku Rosji, czyli dekompozycji państwa, można się spodziewać ze strony tego ostatniego czynnika, działania pierwszych dwóch w pewnym stopniu będą się wzajemnie znosić. Rosja nie bardzo może się spodziewać czegoś w rodzaju powojennego obicia ekonomii, czy też chociażby baby boomu. Ponadto w rosyjskich, w dużym stopniu, warunkach, została już przećwiczona katastrofa po nieproporcjonalnie mniej niszczącej wojnie w Afganistanie – wojna ta była istotnym czynnikiem, który doprowadził do katastrofy upadku Związku Radzieckiego. Jak będzie tym razem? „Pożiwiom uwidim”.

 To już wszystko napisałem co wiedziałem o tej wojnie. Dodatkowo pochwalę się, że w tej kwestii zanotowałem nawet znaczący osobisty postęp: zablokowałem RCB jak spamera, na razie blokada działa.

-----

Ceterum censeo Carthaginem delendam esse

vel

Naród, który zabija własne dzieci skazany jest na zagładę

--------

Wyjaśnienie do stopki.

Od początku mojej pisaniny używam tego łacińskiego cytatu z zamierzchłych dziejów naszej cywilizacji, później dodałem adekwatne tłumaczenie (czyj oryginał i tłumaczenie łatwo sprawdzić). Teraz dodam jeszcze swoje wyjaśnienie.

Skąd tutaj Kartagina? Otóż Kartagina była ostatnim dużym organizmem państwowym z tej strony Atlantyku, który duchowych podstaw swojego istnienia upatrywał w publicznym składaniu ofiar z dzieci (aborcji jeszcze nie wynaleziono). Rzym, zanim stał się na długi czas niepokonany, widział swoje "być albo nie być" w całkowitym zniszczeniu Kartaginy, aż do gołej ziemi posypanej solą. Tak też się stało - 90% Kartagińczyków zabito, reszta "uratowała się" jako towar na targu niewolników.

Jak Ci się zdaje drogi czytelniku: jesteś Rzymianinem, czy Kartagińczykiem? A może Twoje istnienie nie potrzebuje duchowych podstaw, zaś ofiara z dzieci w aborcji jest konieczna, aby się dobrze (z)bawić?

nickto
O mnie nickto

Jestem pszczelarzem (coraz bardziej).

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka