Rezultaty ludzkiej myśli, którym jakże często w historii przypisywano atrybut wszechmocy, są organicznie obarczone problemem „błędu koniecznego”. Trochę paradoksalnie i „na wyrost”, można by to sformułować następująco: każde czysto ludzkie rozumowanie samo z siebie prowadzi do niedoskonałych, czyli błędnych(!) rezultatów. Wynika to chociażby z faktu, że człowiek jest istotą społeczną, w każdej chwili powiązaną z wszystkimi innymi ludźmi żyjącymi na świecie ( https://www.salon24.pl/u/nickto/1416929,muszkieterowie ) i ci „wszyscy inni” w każdej chwili są inni niż ci wszyscy inni chwilę temu. W takiej sytuacji ja też, podmiot myślący, jestem inny niż „niby ten sam” podmiot myślący chwilę temu. Idąc dalej i zakładając, że nie ma w świecie dwóch ludzi myślących idealnie tak samo (choćby tylko z tego powodu, że nie ma dwóch identycznych ludzi, dysponujących, przykładowo, identyczną wiedzą), ja sam jestem podmiotem „niestacjonarnym” – wynik „algorytmów” aktualnie przeze mnie przetwarzanych musi być nieustannie uzgadniany z wynikiem uzyskanym w zupełnie innych warunkach, czyli w innym otoczeniu społecznym (przepraszam za przeskok pojęciowy, czyli za ten „algorytm”). Idąc dalej, w kategoriach informatycznych, ludzkie myślenie zachodzi w warunkach wysoce (nieskończenie?) niedostatecznej „mocy obliczeniowej” i bez podłączenia do centralnego komputera dysponującego mocą obliczeniową nieskończenie wielką, który byłby w stanie ten naturalny chaos ludzkiej myśli przekształcać w strukturę mogącą zaistnieć w umysłach nie tylko danego podmiotu, ale także w innych podmiotach myślących. Ten wszechmocny komputer można by inaczej nazwać komputerem globalnego sensu, albo komputerem odniesienia dla wszystkich relacji. W sposób odpowiedni dla umysłu przedszkolaka problem ten przedstawiłem tutaj: https://www.salon24.pl/u/nickto/1477109,mysli-nieskromne-pornografia-6 .
Myśl, moja myśl, jest całkowicie wolna, pomyśleć mogę wszystko. Inaczej jest z jej „eksternalizacją”, a ze sprawczością w szczególności – tutaj już nie jestem taki „wszechmogący”. Nawet zwykłe odmalowanie swoich myśli tak aby były „czytelne” dla innych osób, bywa trudne – nawet sam „język nie jest wystarczająco giętki by wypowiedział wszystko co pomyśli głowa”. Myśli, idee się liczą, są ważne, nawet przez to tylko, że bez nich nie bylibyśmy w stanie zgrzeszyć – przecież pies goniąc zajadle „bez dania racji” rowerzystę, grzechu nie popełnia. Może w tym właśnie tkwi największy dla nas „pożytek” z wolności w myśleniu, że jesteśmy tym samym wolni w grzeszeniu? Gdyby grzechu nie było nie byłoby potrzebne Miłosierdzie.
-----
Ceterum censeo Carthaginem delendam esse
vel
Naród, który zabija własne dzieci skazany jest na zagładę
--------
Wyjaśnienie do stopki.
Od początku mojej pisaniny używam tego łacińskiego cytatu z zamierzchłych dziejów naszej cywilizacji, później dodałem adekwatne tłumaczenie (czyj oryginał i tłumaczenie łatwo sprawdzić). Teraz dodam jeszcze swoje wyjaśnienie.
Skąd tutaj Kartagina? Otóż Kartagina była ostatnim dużym organizmem państwowym z tej strony Atlantyku, który duchowych podstaw swojego istnienia upatrywał w publicznym składaniu ofiar z dzieci (aborcji jeszcze nie wynaleziono). Rzym, zanim stał się na długi czas niepokonany, widział swoje "być albo nie być" w całkowitym zniszczeniu Kartaginy, aż do gołej ziemi posypanej solą. Tak też się stało - 90% Kartagińczyków zabito, reszta "uratowała się" jako towar na targu niewolników.
Jak Ci się zdaje drogi czytelniku: jesteś Rzymianinem, czy Kartagińczykiem? A może Twoje istnienie nie potrzebuje duchowych podstaw, zaś ofiara z dzieci w aborcji jest konieczna, aby się dobrze (z)bawić?



Komentarze
Pokaż komentarze