Na wstępie od razu wyjaśnie parę spraw zanim przejedzie mnie Salonowy walec za zastanawianie się nad kwestiami nad którymi zastanawiać się nie powinno.
Jestem niewierzący, niepraktykujący. Kiedyś myslałem o sobie jako o ateiście, ale z biegiem lat przestałem. Ja nie neguję prawdopodobieństwa istnienia jakiejś mocy sprawczej, czy jakiegoś bytu, którego nasza wyobrażnia nie jest w stanie objąć. Wiem że nic nie wiem. Nie jestem w związku z tym wojującym anty klerykałem. Sprawy światopoglądowe, religijne uważam za prywatną strefę każdego z nas.
Bardziej interesuje mnie religijność w aspeckcie społeczno-kulturowym. Sposób w jaki wpływa na życie społeczności , która mnie otacza. To że nas otacza i wpływa jest kwestią niezaprzeczalną.
Znam osoby, które uważają się za katolików. Nie chodzą do kościoła na codzień, raczej od wielkiego dzwonu. Śluby, chrzciny , pogrzeby, pasterki. W prywatnych rozmowach nie zostawiają na księdzach suchej nitki a na przypominanie o obowiązującym ich dekalogu porozumiewawczo mrugają okiem. Nierzadko uważają, iż kościół powinien stać się normalnym podmiotem płacącym podatki i powinien pozbyć się swych rozległych majątków. Na pytania ze sfery duchowej, które bardzo mnei interesują - typu: dlaczego wierzysz, jak wygląda Twoja wiara, jakie ma przełożenie na życie -przeważnie nie uzyskuję żadnych odpowiedzi poza "w coś trzeba wierzyć", "przecież wszyscy chodzą do kościoła i są wierzący". Ot taki nasz codzienny katolicyzm - pewnie wielu z Was zna takie osoby.
Znam też osoby , które całkiem jawnie twierdzą że wiara to przeżytek z dawnej Polski, rodzaj kulturowego dziedzictwa które nosimy bośmy Polakami. Ich codzienne zachowania nie noszą żadnego śladu świadectwa ich domniemanego katolicyzmu. Pewnie też takich znacie. Osoby te mają często dzieci. Pierwsze co robią po ich narodzeniu zanoszą je do chrztu. Przyjeżdza rodzina i znajomi, jest impreza-wszyscy odstawieni elegancko. Na pytanie czemu chrzczą dzieci, skoro sami nie trzymają jakiejkolwiek linii religijnej dziwnie się patrzą, jakby wyszukiwali u mnie znamion choroby psychicznej. No jak to dlaczego? Jak mogę dziecka nie ochrzcić.
W tych momentach zawsze ogarnia mnie niesmak. Czy nie jest trochę tak ,że w tym momencie dokonuje się jakby kolejny maleńki akt nadpsuwania kondycji Kościoła? Statystyki rosną a jakże. Ilość wiernych w papierach nadal jest imponująca. Jednak czy armia konformistów życiowych, chrzących swoje dzieci i od małego uczących ich religijno-światopoglądowego konformizmu to coś dobrego dla katolickiej społeczności i w ogóle dla naszej polskiej społeczności? Mam poważne wątpliwości.
Nie uważam Polski za kraj religijnego przymusu - jako niewierzący nie odczuwam żadnych szykan. Być moze też trochę i dlatego, iż żyję w przyszłowiowym już "wielkim mieście" czyli w anonimowej strukturze społecznej. Jednak akt chrztu jest pewnego rodzaju samoistnym przymusem. Presja społeczna jest tak silna , iż rzadko który okazuje się odważnym na tyle by swojemu dziecku pozostawić kwestię wiary do samodzielnego rozsądzenia we własnym już bardziej rozwiniętym sumieniu. Nie chrząc dziecka skazujesz się w najlepszym przypadku na osobę niezbyt normalną.
Ten jakże ważny akt w religii chrześcijańskiej został przez współczesnych zamieniony w tandetne quasi-pogańskie święto konsumpcji. Tradycyjny katolicyzm ludowy zamienia się na naszych oczach w swoją nowoczesną komercyjną wersję. Ilośc nie idzie w jakość. Wiekszosć zmuszonych do chrztu staje się taką religijną wydmuszką będąca w kościelnych aktach ale jednocześnie tą kościelną strukturę niszczącą. Młode pokolenia wraz z dorastaniem siłą rzeczy traktują religię jako naznaczoną pierworodnym aktem konformizmu.
Chciałbym aby każdy szczerze i uczciwie podchodził do swoich przekonań religijnych - żeby kiedyś nasze społeczeństwo wyszło z tego pseudoreligijnego Matrixu. Zeby kościół był prawdziwą duchową przystanią otwartą na wszystkie dusze. Byc może wielu łatwiej przyszłoby uwierzyć..



Komentarze
Pokaż komentarze (8)