Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
48
BLOG

Piątkowy spleen

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 3

  Uwielbiam piątki. Mają te dni w sobie coś niezwykle energetycznego i magicznego. Choć nie baluje już co piątek jak to lata temu bywało i raczej cenię sobie możliwość spędzenia spokojnego i wyluzowanego wieczoru. Czasami jednak czuć w powietrzu pewną dziwną energię, która przypływa niewiadomo skąd i niewiadomo czemu próbuje zakłócic piątkowy porządek wszechrzeczy.

  Nagle zaczynają się gromadzić pewne drobne małe wydarzenia wskazujące na napływ owej energii. Zaczyna się niewinnie. Wysiadając z autobusu doznaję poslizgu lewej nogi i wykonuję dziwne zgięcie ciała przypominające ni to pół-jaskółkę, ni to taniec św. Wita. W ręku trzymam portfel chcąc kupić papierosy ( papierosy jeszcze odegrają swoja rolę ). Z pół otwartego wcześniej portfela wysypują się złosliwe i wredne małe miedziane monetki wprost w ohydne błoto pośniegowe. Wszystko to na oczach publiczności zlozonej z oczekujących na przystanku ludzi w tym gromadki małoletnich lolitek, które aż zapiszczały ze śmiechy widząc moja walke z grawitacją. Nieznośna chwila trwa dlużej gdy wygrzebuje z błocka monety ( wszak sknera ze mnie straszna ).

 Ok, jestem juz w porządku - kupuje fajki i ide na pociąg podmiejski. Czuję już że wydarzenie z przed minuty to preludium i sie nie mylę. Spóżniam się oczywiście na pociąg co dramatycznie zmienia mój opracowany co do minuty plan działania.Czekam cierpliwie na nastepny ze z lekka już nadgryzionym piątkowym humorkiem. W pociągu tez dziwnie. Tuż przed moja stacją wsiadają kanary, wyłapują  starszego człowieka bez biletu - jego adwokatem postanowił byc jakiś anonimowy podpity jegomość. Żenujące sceny - jakaś szarpanina, bluzgi, poodwracane w szyby twarze pasażerów..

  Wysiadam zmęczony psychicznie, jak z tureckiego kazania. Idę zrobić zakupy. Te na szczęście idą dość sprawnie. Wsadzam produkty do torby na ramię i wracam. Ide wieczorna zaśnieżoną ulicą pełną ludzi kierujących się w najróżniejsze piątkowe kierunki. Podejmuję decyzję strategiczną - choć nigdy tamtędy raczej nie chodzę postanawiam skrócic sobie trochę trase do domu. Jest taki przesmyk między blokami a murkiem odgradzającym osiedle od parkingu płatnego.

  Wchodzę w ten wąwóz. Jeden zakręt , drugi..Ciemno , tylko resztka świateł z główniejszych ulic. Nastepny zakręt..Jakieś 10 m dalej widzę grupkę osiedlowej młodzieży. Oparci o ściany bloku i rzeczony murek. Średnia wieku dwadzieścia parę lat a wzrostu jakieś 1,85. Kaptury na głowach, a z komórki przygrywa skocznie jakiś hip hopowy głos osiedlowego ludu. Wymiana zdań ucina się jak nożem uciął - wszak zbłąkany wędrowiec wkroczył na ich rewir..

  Pierwszy odruch - cofnąć się. Wyglądałoby to jednak niezręcznie conajmniej. Poza tym nie dałoby gwarancji ucieczki gdyż za mna był cały wspomniany wąwóz - dopadliby i tak. Większą część młodości przemieszkałem w takiej dzielnicy nie cieszącej się najlepsza sławą w mieście, więc mimo lekkiego skapcienia stare , znane dobrze instynkty włączają się całkowicie samoistnie. Zaczyna się slow motion. Słychac moje chrupiące śnieg kolejne kroki. Przede mną ciemne wzniesienia kapturów i połyskujące puszki browarów. Cały organizm człowieka przełącza się na tryb "czerwonego alertu". Wszystko jak za dawnych lat. Idąc wyciągam rękę z kieszeni kurtki, poprawiam torbę tak aby wygodnie byłoby zamienić ją w ułamku sekundy w grożną broń przeciwko przeważającym siłom. W torbie trochę produktów spożywczych plus dwie solidne książki "Historia Polski 1918-1945" i "Anatomia Faszyzmu". Oprócz tego , że tytuły trochę adekwatne, to jeszcze posiadające twarde obwoluty mogace wzmocnic ewentualną siłę rażenia.

  Jestem już blisko, słyszę wyraźnie rzężący bit z komórki i tanie dezodoranty z Lidla. Mózg i oczy w ułamkach sekund skanują i przetwarzają dane niczym najnowsze pentium. Wielkość, rozstawienie, ilość , wyłomki ścian , kierunki , koleiny sniezne. Ciało spina pompowana niczym  Niagara adrenalina. Ręka zaciska się na pasku torby. Idę jak za młodzieńczych lat - pewnie, do przodu patrze wprost w ciemne kaptury. Prawie że słyszę bojowe tarabany. Kaptury rozstepują się tworząc jakąś 40 cm ową szczelinę. Przekręcam się lekko bokiem i mijam wesołą gromadkę. Gdy jestem juz jakieś 3 metry za nimi słyszę : kolego, ma kolega może fajki?. Ok - zaczepka klasyk. Coś w rodzaju - będziemy się bić. Moja sytuacja jednak jest już trochę inna. Jeastem u krańca wąwozu - widze nawet przejeżdzający samochód na ulicy. Nagłym zrywem mógłbym wyskoczyć tam i już tam byłbym w domu, raczej by za mna nie ruszyli..Znów jednak poczucie ewentualnego upokarzającego potknięcia się na śniegu, tudzież samego faktu ucieczki  gasi ta opcję w zarodku. Sięgam do kieszeni po fajki i odwracam się, podchodząc z powrotem do kapturów niczym w paszczę lwa..

  Jako że nowa paczka to i musze odkleic folijkę etc. Robię to spokojnie ,metodycznie. Jeden z kapturów przesuwa się za moje plecy, zachodząc mi drogę ucieczki. W tym momencie jestem juz całkowicie spokojny i skoncentrowany na mających nadejść wydarzeniach. Najwyższy kaptur sięga po papierosa, mętne oczy patrzą na mnie i naglę słyszę - siema, co tam u ..pada ksywa syna kolezanki mojej mamy, którego znam. Mózg zaskoczony nowa sprzeczną informacją z trudem analizuje. Mętne oczy zaczynają coś mówić do mnie i w tym momencie flashback.. To pprzecież łepek , którego ów mój znajomek kiedyś zatrudnił w swojej firmie do jakichś prostych robót. Kiedyś gdy byłem tam , ten młody tam pracował i nawet gadałem z nim chwilę. Znajomy kaptur mówi - "jakiś tam " odpuść to mój ziomek - znaczy się jego kolegą chyba jestem. Za plecami otwiera się przestrzeń . Sam zapalam fajkę, chwilę z nim jeszcze gadam i wychodzę z wąwozu.

  Idąc oświetloną ulica zaciągam się mocniej i wiem że energia odleciała. Można się cieszyć piątkowym spleenem.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Rozmaitości