Złoty bieg Justyny K. oglądałem w pubie przy piwsku - koincydencja zupełnie przypadkowa. Na sali gwar , nawala muzyka a w tle duży ekran z relacją Eurosportu z wyłączonym dźwiękiem. Rozmowy , smiechy, dym fajek unoszący się w powietrzu. Kątem oka widziałem przesuwające się po bieli sniegu zawodniczki. Mniej więcej na 3 kilometry przed metą sala zastygła. Muzyka grała głośno a w bezdzwięcznej bieli pracowały dwie dłonie z kijkami. Ten niemy spektakl tylko podkreślił morderczy wysiłek Justyny tuż przed finiszem.. Cały swiat odleciał gdzies w niebyt a wszystkie oczy podążały za każdym poruszeniem kijkami..Jest pierwsza, pierwsza, druga...te kilkanascie sekund obserwowania niemej walki z przeciwniczka, zmęczeniem i trzydziestoma kilometrami trasy pozwoliło otrzeć mi sie o metafizykę. Gdy widziałem że Kowalczyk rzuciła na szalę wszystko, życie, zdrowie , wszystko po prostu - gdy wydobyła ze swojego organizmu to co wydawało się juz nieistniejące i niemozliwe do istnienia - mówię o jakichś głębokich pokładach ludzkiej energii która tkwi nie wiem gdzie - byc może juz w naszej duszy - przed oczami ujrzałem tajemnicę której nie pojmiemy nigdy..
Dokąd tak gnamy w życiu? Co sprawia że potrafimy wyrzucic z siebie ostatnie rezerwy energii aby dojechac do mety ? Po co w ogóle biegniemy ? Nie trzeba wiedzieć - musimy biegnąć i będziemy biegnąc. Tak jak ta mała dzielna kobitka.
Tu utwór który jest dla mnie cichym hymnem tego wspaniałego zwyciestwa i jego kwintesencją..



Komentarze
Pokaż komentarze (12)