Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
347
BLOG

Dokąd idziesz niebożątko lasem?

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 7

Mam  pewnego specyficznego znajomego, kumpla, przyjaciela, tu zresztą słownictwa można używać zamiennie i dowolnie – jest nim niejaki P. Znamy się z P. od lat, niedługo będą to niemal już tejże znajomości blisko dwie dekady. Niegdyś, był to człowiek bez którego towarzystwa nie mogłem się obyć choćby przez dobrą minutę, chociaż tak naprawdę byliśmy, i jesteśmy do dziś, totalnymi wzajemnymi  przeciwieństwami pod każdym niemal możliwym względem. Nic to jednak nie szkodziło i nie szkodzi nadal..

Ludzie którzy nas znali w tamtym okresie, narzekali że ciężko nas spotkać oddzielnie, zawsze i nieustępliwie występowaliśmy z P.  w czymś na podobieństwo czy też kształt dwójki wioślarskiej. My po prostu tworzyliśmy zgrany duet niczym Simon & Garfunkel, doskonale dopełniający się nawzajem własnymi cechami charakteru, które to cechy przekazywaliśmy sobie przy wymagających tego sytuacjach, tak jak niektórzy pożyczają sobie w potrzebie narty albo laptopa. Np. kiedy mi w jakiejś sytuacji potrzeba było nieco większej bezczelności, to brałem ze sobą w to miejsce P., takoż samo gdy jemu zależało powiedzmy na zrobieniu gdzieś rozsądnego bardziej niż zwykle wrażenia, to z kolei on podpierał się mną. Oczywiście ta wzajemna pomoc na niewiele się zwykle zdawała i wszelkie nasze zamierzenia i tak najczęściej brały w łeb.

Zdarzyło nam się nawet w różnych okresach czasu mieć tę samą dziewczynę, ot tak pewnie dla lepszego sobie wyrobienia o niej zdania, choć już słabo pamiętam powody dla których stało się tak a nie inaczej. Z pewnością jednak jakieś powody ku takiemu a nie innemu obrotowi rzeczy musiały być.

Książkę mógłbym napisać o naszych wspólnych, że tak to ujmę, peregrynacjach, które to wspólnie przyszło nam odbywać tu i ówdzie, nie czas tu i miejsce zresztą nawet do ich streszczania. Po co więc zaczynam ten temat w ogóle?

Bowiem mam teraz z P. taki dość ciekawy układ, że nasze kontakty uległy totalnemu rozluźnieniu a mimo to jednoczesnemu, acz paradoksalnemu zwarciu i stężeniu. Czasem zdają się nawet owe kontakty już nie istnieć, ponieważ zdarza mi się nie widzieć P. na oczy nawet i dobry rok. To jednak tylko pozorne objawy erozji naszego przymierza.

Moje miasto nie jest duże, obaj też mimo kilku przeprowadzek w jego obrębie, wciąż – jakimś dziwnym zrządzeniem losu – mieszkamy bardzo blisko siebie. Aktualnie, niemalże jest to dosłownie nie więcej niż 5 minut naprawdę wolnego spacerku. Ot wystarczy mi tylko wyjść z bloku, minąć kościół, przejść przez pewną brzydką ulicę i już jestem pod oknem P. Nie spotykamy się jednak mimo to towarzysko wcale. To nam jest po prostu  niepotrzebne. My mamy inną taktykę.

Korzystając, ze wspomnianej wcześniej bliskości zamieszkania, niczego nie przyspieszamy, ani sztucznie nie wywołujemy. Obaj, porozumiewając się przy tym całkowicie bez słów, czekamy na moment który i tak wcześniej musi się, koniec końców, zdarzyć – czyli innymi słowy w końcu, choćby prawem serii, musimy gdzieś na siebie w tak małym mieście wpaść, nawet „przypadkiem”. Tak więc zdajemy się na rządy przypadku z całkowitą świadomością, ba, nawet powiedziałbym, że my ten sposób kumplowania hołubimy, kultywujemy go bez cienia wątpliwości i nie pozwalamy jakiejkolwiek większej – tu tkwi zagrożenie - potencjalnej ponownej między nami bliższej zażyłości zniszczyć tej swoistej kumpelskiej ruletki.

Bo co może być fajniejsze niż kolejne przypadkowe spotkanie kumpla gdzieś na ulicy? Chyba niewiele może z takim zdarzeniem konkurować, przyznacie sami. Po co zadręczać siebie nawzajem wymuszonymi, po wielokroć umawianymi, a potem z trudem i żalem odwoływanymi wizytami, na które i tak nigdy nie ma się zwykle czasu i ochoty? Lepiej jest pozostawić prawo decyzji w tej materii teorii prawdopodobieństwa.

Śmieszne to bywa doprawdy czasami, gdy jest już, już, już prawie blisko abyśmy się gdzieś zderzyli. Widzę np. go gdzieś jak pędzi z siatami zakupów, hen po drugiej stronie ulicy. Albo gdy ja wchodzę w jakiś róg ulicy i właśnie widzę jego plecy skręcające w zupełnie inny zaułek. Wtedy też oczywiście jeden drugiego nie nawołuje, ani nie przyśpiesza kroku – to byłoby całkowite zachwianie harmonii i zasad. Po prostu należy poczekać wtedy spokojnie, aż nasze trajektorie zderzą się wreszcie właściwie przy nadarzającej się kolejnej okazji,  i nie pozostawi nam to zderzenie już wtedy innego wyboru, jak tylko podać sobie wówczas grabę i wypowiedzieć czarodziejskie: „no siema, co tam?”.

Ciekawe jest to, że w takim momencie w ogóle nie ma znaczenia ilość czasu jaką się nie mieliśmy okazji widzieć, to w ogóle nie stanowi dla nas żadnej różnicy. Zaczynamy gadkę tak, jakbyśmy widzieli się dosłownie przedwczoraj. Takie spotkanie zresztą, kiedy już się dokona, rządzi się też oczywiście własnymi prawami, i to prawami nie podlegającymi żadnym większym bądź mniejszym negocjacjom. Wtedy nie ma tak, że się pogada trzy minuty, powie „cześć” i pójdzie w swoją stronę, o nie. Nie ma już wyjścia, musimy wtedy sobie już powiedzieć wszystko co uważamy w danym momencie za ważne i konieczne. I to się dokonuje.

Objawia się ta cała sprawa tak, że zaczynamy krążyć pomiędzy naszymi domostwami, zupełnie jak w czasach  szkoły średniej – w celu wzajemnego odprowadzenia się. Kiedy przemierzamy tę trasę po raz n-ty z kolei, stwierdzamy że nie ma co kombinować; któryś z nas kupuje butelkę mleka i ruszamy w pielgrzymkę po traktach, które niegdyś, za młodu, latami cierpliwie wycieraliśmy, dotąd je reaktywując,  aż nie uznamy że można się spokojnie rozstać bez pozostawienia sobie nawzajem – na wypadek kolejnej dłuższej rozłąki - choćby cienia niedomówienia.

Niejednokrotnie jest już wtedy po zmroku.

Ach, zapomniałbym. P. kiedy tylko mnie zobaczy od razu prosi mnie, żebym go poczęstował papierosem; teraz już nie palę od pewnego czasu, ale wcześniej gdy byłem w szponach fajek, jak tylko ruszaliśmy, to jego ręka wyciągała natychmiast się prosząco w moim kierunku stanowczo domagając się tym samym peta. P. nie pali nałogowo, w ogóle w zasadzie nie pali, ani też nigdy nie palił. Tak jednak ma ów typ, że jak się tylko spotykamy to zaczyna on ćmić jak wozak. Można potem widzieć z oddali doskonale, dwa żarzące się na czerwono punkciki przemieszczające się po mapie miasta wzdłuż trajektorii przypominającej wykres EKG jakiejś jurnej studentki.

W czasie tego tourne zasady są proste. Najpierw, należy obrobić tyły wszystkim których znamy i którzy w naszej opinii na to zasługują – a jest ich wielu jak należy mniemać. Potem wartko wchodzimy na pola niemalże rytualne. P. jak zwykle zaczyna mnie namawiać, żebym z nim zaczął pracować w jego firmie – bo paramy się tym samym zawodem. Ja oczywiście znów muszę odmówić. Kocham go jak brata, ale pracować z tym człowiekiem w jednym pomieszczeniu nie sposób, jednak ja sam  nie jestem tu bez winy – wspólna praca, powoduje że nasze dwa trudne jak zadania z matmy charaktery, łączą się ze sobą niczym benzyna z sokiem pomarańczowym. Powstaje z tej mieszanki dosyć niezły ładunek wybuchowy, którego wcześniej czy później przewidywanego wybuchu efektem jest kolejne wielomiesięczne schodzenie sobie z dróg. Jednak rytuał musi się odbyć – musi mnie P. ponagabywać. Przepija wtedy mlekiem, i spod ciężko opadających już powiek dalej poczyna on roić rozmaite utopie odnośnie naszej wspólnej kariery, w czasie której, jak P. sądzi „podbijemy świat”, i że teraz „to już na pewno się uda” - to też musi koniecznie zawsze dodać....

Ma on też tę zaletę, że kompletnie nie obchodzą go sprawy tzw. wyższe. Np. polityka. P. ma w dupie politykę, nie interesuje go kompletnie kto i kiedy, co stanowi, przyznaję, przyjemną odmianę – nie ma konieczności gadania z nim o tych wszystkich parszywych sprawach, co jest dla mnie w tym momencie jedynie zaletą. Zgodni jesteśmy tylko w jednym punkcie – wszyscy którzy nas otaczają, z pewnością chcą nas oszukać, dążą do naszej bezwzględnej i ostatecznej klęski, bądź – w najlepszym razie - nas nie doceniają. Tym samym należy uznać, że nikt oprócz nas samych nie jest w stanie pomóc temu zbolałemu światu ani nam samym sobie.

Jeszcze nas popamiętają! – takimi konkluzjami kończymy zazwyczaj cykl dysput około-rzeczywistych.

Potem nie pozostaje nam już nic innego, jak tylko zacząć wyścigi odnośnie tego, kto z nas wpadł ostatnio w większe tarapaty, i który z nas bardziej bezboleśnie lub bardziej bohatersko z nich się wykaraskał. Tu już nie ma żadnych zasad. Pety ćmią się w ciemności, a zadaniem koniecznym jest stworzenie zgrabniejszego niż rywal, tragikomicznego opisu któregoś z mrożących krew w żyłach zdarzenia. Piętrzą się kolejne przeszkody i zasadzki, pojawiają się kolejne złowrogie postacie, które jedyny cel jaki posiadają, to ostateczne zmiecenie nas z powierzchni ziemi. Im bardziej dramatycznie stworzone uniwersum opowieści tym bardziej „Mc Gyver'owska” zdaje się być droga ku ocaleniu bohatera. „Jak on mnie z tej strony, to ja go z tej”, „ No i ja mu wtedy mówię, panie przecież nie ma sensu to co pan mówisz”, „Nie mam ci nic już do powiedzenia” - to są już zdania kończące, szczęśliwie oczywiście, każdą opowieść, w opowieści której to każdy z nas odnosi, rzecz jasna, bezprzykładny triumf.

P. ma jeszcze jedną, nie wiem czy można tak to ująć, ciekawą osobliwą cechę. Każdorazowo gdy się w końcu na siebie natkniemy – a przerwy w naszym widzeniu się bywają różnorakie, od kilku miesięcy do nawet ponad roku -   musi mi P. przekazać wiadomość o czyjejś śmierci, najczęściej dotyczy to niestety osoby którą wspólnie znaliśmy.

Dwa lata temu gdy natknąłem się na P., z miejsca wbił mi gwóźdź w serce opowiadając o zakończeniu żywota tej naszej wspólnej niegdyś dziewczyny. Ania – bo tak miała ona na imię – odeszła, choć nie wiedziałem o tym nic, bo kontakty nasze lata temu uległy kompletnej anihilacji, a bezpośrednią przyczyną tego odejścia był rak. Kiedy to usłyszałem, choć wtedy już Ania wydawała się  poprzez ogromny upływ czasu, wspomnieniem prawie że nierealnym, z ledwością oparłem się ręką o jakąś zdającą się być najbliżej mnie chropawą ścianę. Całą sprawę skwitowaliśmy kilkoma pozoranckimi zdaniami, ale kosztowała mnie ona jednak później kilka nieprzespanych nocy w których zdawało mi się że ocieram się o dna piekieł.

Spotkałem P. przed świętami. Wyglądał zażywnie i jak to nie on, całkiem energicznie. Zanim zorientowałem się cokolwiek już przekazywał mi kolejną funeralną wieść.

Mieliśmy kolegę wspólnego, niejakiego M. Był to kolega bardziej P. niż mój – mi zdawał się być ten M., jak większość kolegów P., osobą cokolwiek prostacką w obejściu i dosyć prymitywną z charakteru, co sprawiało że dosyć trudno mi sobie było go przypomnieć. Człowiek ten np. po alkoholu doznawał wstrząsających wręcz napadów agresji. Pamiętam jak dziś, gdy wracaliśmy z jakiejś libacji, wpadł właśnie M. w swoją smugę cienia i nie napotykając po drodze – była późna noc – żadnego godnego celu swego poalkoholowego zdziczenia, jął napastować okrągły plastikowy słup ogłoszeniowy, który u swej podstawy stworzony był z ciężkiego betonowego kręgu. Rozpędzał się z odległości kilkudziesięciu metrów i praskał w nań swym ciałem aż echo szło pod niebiosa. Czynił to dotąd aż rzeczony słup nie padł pod jego szarżą. Taki to człowiek był.

Był. Na początku grudnia jechał wcześnie rano, skoro świt, samochodem do swego miejsca pracy. Nie wiadomo w sumie czy przysnął, czy się zamyślił, czy może na moment stracił kontakt z otoczeniem. Wiadomo tyle że jego samochód uderzył z całą siłą w nadjeżdżającego Tira co spowodowało wyrzucenie M. z pasa drogi i niestety nakierowanie go wprost na rosnące w tamtym miejscu drzewo. Potem już tylko było potężne uderzenie i ciało M. zakończyło swój – niezapięty wówczas w pasy – żywot.

Cokolwiek by nie sądzić o M. nie ma go już dzisiaj wśród nas. Ja sam siedzę wciąż ku swemu zaskoczeniu we własnym fotelu.

 

Braci Sie Nie Traci:

 



 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Rozmaitości