Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
2266
BLOG

Smarzowski - czyli "Kino Złe"

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Kultura Obserwuj notkę 57

Jestem wielkim fanem dobrego kina, na tyle na ile potrafię je rozpoznać. Może trochę mało obiektywnym bo osobiście katuję się filmami, przy których większość społeczeństwa chrapie już głośno zanim ledwie skończą się napisy początkowe. Nie jestem jednak świrem uważającym, że kino to tylko psychologiczne onanizmy filmowe, doskonale zdaję sobie sprawę, że film to różne oblicza, i to ambitniejsze, i kino tzw. "środka" ( które też bardzo lubię, zwłaszcza amerykanie robią to dobrze ) no i rozumiem że musi istnieć też filmowy "zsyp" - czyli komedie romantyczne, obyczajówka i co tam kto jeszcze chce. Jednak jeśli chodzi o polskie kino, to ostatnio kompletnie straciłem z nim kontakt. Nie chcę po prawdzie za bardzo już z jego nowymi produkcjami się zapoznawać, tak jestem ostatnimi latami zdegustowany.

Dziś na topie jest reżyser Smarzowski. W Polsce jest tak od pewnego czasu, że mamy wszystkiego po jednej sztuce. Jeden koszykarz, jeden piłkarz, jedna tenisistka, jeden skoczek, jedna biegaczka narciarska, jeden muzyk, jeden dziennikarz. No i jeden reżyser. Mówi się Smarzowski i już wiadomo o co chodzi. Bo u nas jest jeszcze tak, że my strasznie pragniemy mieć jakiś nowy głos pokolenia. No i mamy. Smarzowskiego znaczy się.

Słyszałem czas jakiś temu zewsząd - Smarzowski to, Smarzowski tamto. No to wziąłem na tapetę "Dom Zły", film obsypany nagrodami, pochwałami, dobrymi recenzjami i na dodatek niemal u progu narodzin obłożony brzemieniem epitetu używanego dziś do usr...a czyli mianem "kultowego". Obejrzałem ten film i przyznam szczerze, że potem brałem chyba z 5 razy pod rząd prysznic. Nigdy jeszcze nie poczułem się po żadnym filmie tak brudny. I nie jest to niestety komplement.

Smarzowski wpisał się w pewien trend, który zaczął dominować polskie kino gdzieś tak mniej więcej od roku 2000. Czyli że polski widz, ma dwa wyjścia jeśli chce obejrzeć rodzimy film. Albo jest skazany na oglądanie głupawych filmideł z celebrytami w roli głównej, gdzie Polska wygląda bogaciej niż Kuwejt, albo jakieś obrazy wszystkich możliwych patologii zebranych wspólnie w jeden pęczek, i w których główni bohaterowie zarzucani są wszystkimi możliwymi nieszczęściami, by na koniec po prostu skonać w mękach. Wraz z widzem. Ostatnim akordem tego typu polskiego kina był "Plac Zbawiciela", w którym ilość pokazanej patologii na metr kwadratowy była tak wielka że ostateczniecałość wyleczyła mnie z oglądania polskich filmów na lata. Bo za tą obficie pokazaną patologią przeważnie z takich filmów zieje całkowita reżyserska i scenariuszowa pustka.

No ale wracając do Smarzowskiego. Tak więc Smarzowski w ten nurt się wpisał i jeszcze twórczo go mocno rozszerzył. Umościł on sobie mianowicie takie oto gniazdko, że wciągnął się w kręcenie reklam i seriali - tam sobie zarabia na świeży chlebek z masłem i raty kredytu - nic złego, jego sprawa. No ale jak ma już czas wolny to "może już być sobą" i kręcić co tam chce. Nic kompletnie już nic go nie może powstrzymać przed pokazywaniem nam ciemnej strony sedesu. Mam takie niedobre wrażenie, że Smarzowski zanim zacznie kręcić film, siada przy kompie, i  robi research w internecie gdzie w pocie czoła szuka tego czegoś, jakiegos tematu, który będzie dostatecznie obrzydliwy by móc być godnym przez niego zobrazowania To jakaś autoterapia najprawdopodobniej, po godzinach i nocach spędzonych przy reżyserowaniu telewizyjnej, lukrowanej chały.

Jakie motywacje, takie i efekty. Powstaje kino ciężkie, ale w złym znaczeniu. Oparte na prostym założeniu, polegającym na tym aby wbić widza pięć metrów pod salę kinową, nie bacząc na koszty, zwłaszcza te artystyczne. Aktorzy grają pod jego batutą topornie, nadużywają mimiki, szarżują aktorsko po prostu. Nie mogą wiarygodnie odegrać tych zadanych przez Smarzowskiego postaci, ponieważ wywodzą się z diametralnie innego świata, są płascy, nic nie przeżyli, nic nie widzieli i nigdy ich nic nie poturbowało ( oczywiście oprócz oczekiwania na rolę, bo to w opowieściach aktórów zawsze wygląda na tragedię większą niż AIDS, Hiroshima i WTC razem wzięte).

Oczywiście powyciągana z ciepłych i dostatnich domów brać studencka okrzykuje Smarzowskiego "głosem pokolenia". Recenzenci aż cmokają z zachwytu. Niestety nie podzielam tego optymizmu. Smarzowski ciągnie polskie kino w bardzo złą stronę, bo nie tylko sam mu szkodzi ale i tworzy armię swoich klonów, którzy za 4 lata będą musieli być jeszcze bardziej radykalni w pokazywaniu tego "Domu Złego" niż sam Smarzowski. Boję się że z tej drogi polskie kino już nie zejdzie, i tego rozszczepienia na kino badziewne i patologiczne następował będzie wkrótce dalszy, żywy progres.

Ratuj się kto może.

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (57)

Inne tematy w dziale Kultura