Od lat paru co najmniej, słyszę z ust rozmaitych socjologów, publicystów, blogerów czy też wreszcie polityków, opowieść o dwóch Polskach, które to żyją niby razem, lecz tak naprawdę osobno. Jedna z nich – Polska A – to Polska ludzi otępionych TVN-em, ludzi którzy święcie wierzą w to, że to sam Lech Kaczyński doprowadził do katastrofy w Smoleńsku. Ludzi, którzy za kredyt oddali diabłu swoją Polskość, a która to Polskość to wg nich po prostu – idąc za klasykiem – nienormalność. Jest też druga Polska. Polska B. Tzw. „moherzy” którzy noszą w portfelu zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego i którzy dosypują z zawiści cukru do baków drogich samochodów na które ich nie stać, że o porywaniu niemowląt z wózków nie wspomnę. Obie te Polski – idąc dalej tropem owej mitologii – kochają się mniej więcej tak, jak kochają się Palestyńczycy z Izraelitami w Strefie Gazy. Wkrótce już, tak jak tam, zobaczymy pomiędzy tymi dwiema stronami po prostu walkę wręcz, to rzecz najzupełniej oczywista. Kiedy słucham owej klechdy, to zastanawiam się tylko czy aby na pewno ci wszyscy mędrcy doliczyli się wszystkich Polsk.
Dobrze, kończąc już żarty trzeba koniecznie napisać, iż ów niemalże tolkienowski, binarny podział Polaków jest w mojej własnej opinii wart nie więcej niż przysłowiowy funt kłaków. Podział ten jest niezwykle nośny i efektowny w oczach jego piewców, a jego największa zaleta jest dla nich taka, że doskonale sprawdza się w ich kulawej i siermiężnej publicystyce. Tu się jego wartość poznawcza po prostu wyczerpuje. No cóż, elit póki co nie mamy poważnych więc i jakie elity takie i teorie. Binarna legenda pokazuje nam wszystkim niewiele więcej niż to, że owe elity które je tworzą i które czerpią z niej życiodajne soki są kilometry od realnej rzeczywistości i że najlepiej czują się one pośród takich publicystycznych fantomów. Proponuję odłączyć się na chwilę od internetu i ruszyć w tzw. „Polskę”. Krok poza własne sioło uzmysłowi im wszystkim jak ta prawdziwa rzeczywistość różni się od ich o niej wyobrażeń.
Polska nie jest bowiem podzielona na dwie części. Polska jest rozdrobniona, rozczłonkowana i zatomizowana do tego stopnia, że historyczne pieśni o rozbiciu dzielnicowym to jest po prostu Pan Pikuś. Każda wieś od wsi, każde miasto od miasta, każda dzielnica od dzielnicy i każdy region od regionu oddzielone są od siebie o lata świetlne. Brak pomiędzy nimi jakiegokolwiek, najmniejszego choćby, wspólnego mianownika. Dziesiątki czy też setki grup interesu, lokalne dążenia i roszczenia, przeciwstawne sobie regionalne priorytety, to bezładnie krążące po orbicie byty nie mające żadnego jednorodnego celu istnienia. Nałożony na to prosty jak cep, partyjny podział nic nie wyjaśnia ani nie tłumaczy. Potęguje jedynie ogólne spraw zamazanie.
Wspomniani politycy, publicyści, socjologowie i blogerzy wiszą ponad tym wszystkim, nie chcąc dostrzec realiów. Nie chcą ich dostrzec, bo wtedy ta cała misternie stworzona układanka rozsypałaby się w proch i okazałoby się, że w końcu trzeba się zabrać do pisania o merytoryce. Skąd bowiem bierze się te 60% Polaków którzy nie chcą głosować w wyborach, i które nie chce słyszeć o żadnych demonstracjach, referendach i innych polach aktywności obywatelskiej? Dociekliwym udziela się odpowiedzi takiej, iż są to najprawdopodobniej wykluczeni z PGR-ów. Rzut oka na mapę frekwencji wyborczej w poszczególnych okręgach kraju rozwiewa te mrzonki momentalnie. Te 60% Polaków jest wśród nas. Są w każdym bloku, w każdym domu i na każdej ulicy. Oni po prostu nie czują się jakkolwiek związani z tym państwem.
Bo państwo opuściło terytoria (lub nawet nigdy nie zajęło) na których powinno działać. Państwo porozstawiało jedynie na terenie Polski swoje - na wzór koncernów telefonii komórkowych – „punkty obsługi klienta” w postaci urzędów. W tym przypadku zresztą napisać należałoby „punkty obsługi petenta”, bo Polak to dla państwa po prostu petent.
Cóż ma robić więc przeciętny Polak? Czy ma on czas pomyśleć nad katastrofą Smoleńską kiedy nie wiadomo jak opłacić rachunki w tym miesiącu, i jak nakarmić – jeśli prowadzi nawet mały biznes, a przypomnę że mały biznes sprawia, że ta nasza gospodarka jeszcze w ogóle jakoś dycha – tą urzędniczo-państwową hydrę i jak uniknąć śmierci przez ukrzyżowanie w którymś z owych parszywych urzędów? Urząd ten nie ma innych celów niż obdzieranie Polaka-petenta ze skóry, tudzież wykopywaniu mu co jakiś czas dla zabawy taboretu spod tyłka. Innych form działania państwa poza tymi „service-pointami” państwowej Camorry nie stwierdzono – może znacie jakieś to się podzielcie łaskawie. Czasem jeszcze umordowany obywatel, kiedy już wyliże się z codziennych ran, zerka na telewizor w którym mówi mu się że jest największym problemem dla tych czy owych polityków.
Nie ma dwóch czy trzech Polsk. Są ich dziesiątki, setki czy tysiące. Dopóki nie powstanie prawdziwe państwo które scali owe Polski w jedną, będziemy klepać w klawiaturę robiąc przy tym tylko zbędny wiatr.


Komentarze
Pokaż komentarze (38)