Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
3331
BLOG

O pomnik dla Lecha Kaczyńskiego upomni się historia.

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Polityka Obserwuj notkę 208

 

Przeglądając ostatnie „Urze” natknąłem się tam na serię artykułów o Lechu Kaczyńskim. Już sama okładka – na której widać twarz Lecha w pomnikowej stylizacji – mówi nam o tym jak o poprzednim prezydencie będzie się tam pisać. No i nie pomyliłem się. Publicyści „Urze” postanowili – z braku pomnika realnego – wystawić mu swój własny, w formie niemalże bałwochwalczych tekstów. Budzi to mój sprzeciw. Bo postać Lecha Kaczyńskiego, ostatniego czego potrzebuje, to ustawiania go na monumentalnym piedestale. O należne prawa tej niezwykle ważnej postaci upomni się bowiem sama historia. Miną lata i dopiero wtedy Polacy sami zrozumieją, że mieli w swej powojennej historii tylko jednego poważnego prezydenta. Niepotrzebny im do tego, nakolenny i fałszywy w swej gloryfikacji, że aż cebulki od włosów bolą, Bielan.

Lech Kaczyński stoi dziś pomiędzy dwiema armiami. Jedna chce go wymazać z pamięci społecznej, zdezawuować i ośmieszyć. Druga jako remedium na to wszystko ma tylko i wyłącznie wielkie, napuszone słowa. Oba te sposoby działania są bezsensowne i oba się nie powiodą. Bo Lech Kaczyński był człowiekiem i jako taki nie da się ani zamienić na pomnik, ani wymazać. Po prostu. Człowiekiem nie pozbawionym wad, a jednocześnie przez to wydaje się dziś być tym bardziej ludzki, iż o tych swoich wadach potrafił wielokrotnie mówić z dystansem. Potrafił za swoje błędy przepraszać – tak jak Monikę Olejnik. Jak sądzę więc nie chciałby wcale takiej bałwochwalczej klaki jak ta z „URze”. Jedynym sposobem na to aby oddać mu to co należne, jest jak najczęstsze przywoływanie tej jego głęboko ludzkiej i złożonej natury. Tym bardziej dziwi ta walka tocząca się wokół Lecha Kaczyńskiego. Nie przyniesie ona nic dobrego obu stronom.

Bodajże to Piotr Semka wspominał, iż jako młody reporter znalazł się w czasie jednego ze strajków blisko braci Kaczyńskich. Postanowił im zrobić zdjęcie razem (nie wiedział biedak że obaj tego nie znosili, czemu się nie dziwię) i wtedy Jarosław syknął wrogo do niego coś w rodzaju „a ty kto jesteś?”. Na to wszystko Lech Kaczyński uspokoił brata mówiąc mu „spokojnie, on jest od nas”. Ta scenka przywołana przez Semkę głęboko zapadła mi w pamięć, i jak sądzę mówi nam wszystko o tym kim był w tym binarnym, braterskim układzie Lech. Co tu dużo mówić i owijać w bawełnę. Lech był cieplejszą twarzą tego tandemu od zawsze.

Lech Kaczyński uczył się swojego prezydenckiego urzędu dzień po dniu. Częstokroć obfitowało to w przeróżne większe lub mniejsze wpadki, które dziś jednak jawią się być dużo mniej znaczącymi niż to się wydawało w przeszłości. Zwłaszcza gdy jego śmierć, niestety, pozwala nam na spojrzenie na jego prezydenturę z pewnego już oddalenia.

Nie mieliśmy my szczęścia do prezydentów w III Rp, oj nie. Lech Wałęsa, przy całym moim wciąż nieukruszonym szacunku za to co robił w Solidarności, jako Prezydent wypadł chyba najgorzej, tego nie ma co głębiej komentować. Jego następca, czyli post-komunistyczny aparatczyk, utuczony jak wieprzek Disco-Prezydent, Aleksander vel „choroba filipińska” A.K.A. „Boląca goleń” Kwaśniewski otumanił naród swoim pseudo-królewskim dworem, czego negatywne skutki odczuwamy do dziś. To on wprowadził w ruch ten obłędny taniec polityko-celebryterki z którego wzorców skrzętnie do dziś korzysta np.Tusk (córka-celebrytka, spacery z psem, i żona-przyjaciel, no takie quasi-dworskie, mieszczańskie kluchy). Prezydentura Lecha Kaczyńskiego jawi się na tym tle (a także na tle tego co proponuje jego następca na tym samym urzędzie) jako polityk z krwi i kości. Polityk, który niestety dla niego, wyprzedził nie tylko swój czas, ale także i polityczną kulturę Polaków. Wciąż bowiem niestety przeciętny wyborca woli lukier i łaszenie się do możnych Europy niż konkretną politykę.

Myślę że jednakże Polacy tę Prezydenturę docenią. Może zabrać im to jeszcze trochę czasu, ale w końcu docenią. Widać to było w czasie uroczystości przewiezienia trumny – Polacy instynktownie wyczuli że żegnają kogoś ważnego. Wysoki wynik Jarosława w wyborach prezydenckich był tego wszystkiego kontynuacją.

Może potrzeba nam jeszcze kilku Komorowskich na tym stanowisku, byśmy uznali wszyscy że Lech Kaczyński to nie był tylko „pomagier Jarosława” czy „ten od Irasiada”, ale że był to realny, żywy i bardzo nam wszystkim potrzebny polityk. Choćby sam fakt, że jego odejście uwidoczniło to, że był jedynym i ostatnim spoiwem tych dwóch obozów, które dziś ścierają się ze sobą już bez żadnego pardonu, powinien w końcu dać nam wszystkim do myślenia.

Już nie ma tego kogoś kto czasem przyłożył bratu zimny okład na rozpalone złością czoło, ani tego kogoś, kto potrafił z Tuskiem wypić butelkę wina po czym stosunki się normalizowały i cywilizowały.

Jego brak będziemy odczuwać jeszcze bardzo długo.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (208)

Inne tematy w dziale Polityka