Podczas „Dni mediów” w Schwerinie, jeden z paneli poświęcony był mediom społecznościowym a w tym także blogerom. Radosław Krawczyk prezentował historię rozwoju Salonu 24, a w tym czasie na twarzy niemieckiej młodej dziennikarki ze Spiegla malowało się coraz większe zdumienie. Tak samo jak ona, duża część przedstawicieli niemieckich mediów nie potrafiła chyba z początku do końca zrozumieć fenomenu naszego portalu. No bo skąd taka popularność miejsca w którym „zwykli ludzie” de facto udają dziennikarzy? Co w takim razie robią w tym kraju dziennikarze prawdziwi, gdzie oni są? Takie pytania z pewnością rodziły się w ich głowach. Ja siedziałem na widowni i dokładnie w tym samym czasie coraz bardziej tężałem w fotelu. Dotarło bowiem w tym momencie do mnie ze zdwojoną mocą, to jak bardzo istnienie Salonu 24 dowodzi, iż polskie media i przestrzeń publiczna wciąż toną w głębokiej patologii.
Blogowanie którym zajmuję się już niemal 5 lat, to nie jest najważniejsza rzecz w moim życiu. Mam swoje własne sprawy, które stanowią dla mnie o niebo ważniejsze priorytety. Ba, nawet wyjście na spacer do lasu jest dla mnie wciąż ważniejsze niż oklepywanie klawiatury na Salonie. Jednak nie posunę się do stwierdzenia, iż pisanie tu jest dla mnie nieważne. Jest ważne. Czasami jednak przychodzą momenty kiedy zadaję sobie podstawowe pytania – po co to robię, dlaczego i co najważniejsze, czy ma to jakiś głębszy sens. Na co dzień, w natłoku pędu życia oczywiście nie zawracam sobie przesadnie tymi sprawami głowy. Wiele osób które są mi bliskie nawet nie wiedzą, że mam jakiegoś bloga a ja się tym raczej staram nie chwalić – tak jakbym sam nie był do końca pewien czy taka działalność, to słuszna i poważna zabawa dla mocno dorosłego już w końcu faceta.
Ostatnio takich momentów zastanowienia i refleksji coraz więcej. Schwerin, sprawa Renaty Rudeckiej-Kalinowskiej. Do tego wstrząsnął mną też dzisiejszy tekst Coryllusa, który w swoim tradycyjnie jadowitym stylu rozprawia się z „zawodem” blogera. Ale po kolei..
Debata w Schwerinie uświadomiła mi dobitnie jak bardzo skarlały i wciąż niewydolny jest nasz medialny rynek, skoro w jego miejsca wchodzić muszą „zwykli ludzie”. Przecież – to też mi przyszło do głowy kiedy siedziałem w owym fotelu – blogerzy tam są głośni gdzie jest bardzo źle. Chiny, Rosja, Białoruś, kraje arabskie, Iran..Wygląda na to, że ilość blogerów i ich rosnące znaczenie, wskazują nam całkiem wyraźnie na to, że owszem, być może mamy fajne supermarkety i fajne samochody na kredyt ale przestrzeń publiczna nasza niewiele różni się od wyżej wspomnianych reżimów. Wtedy też uświadomiłem sobie, że nie powinno tak być. Blogerzy w kraju w którym media są wielobarwne, dobrze sfinansowane i posiadające wysoce rozwinięty etos dziennikarski, są tam gdzie ich miejsce – czyli w całkowicie nikomu nieznanym gettcie. O blogerach nie mówi Merkel, Holland czy Obama. U nas premier przywołuje postać blogerki, a kandydat na premiera sam posiada bloga! Jak bardzo schorowane są u nas media, że nie tylko "szarzy ludzie" muszą szukać szczęścia na blogerskiej platformie ale sami politycy tutaj postanawiają komunikować się z „ludem”. Blogowanie polskich polityków to zresztą oddzielny temat – zamiast zajmować się swoją robotą, siedzą w necie i klikają. To stanowi razem pewien komplet.
Po co więc komu bloger? Nie wiem. Bloger – tu nie zgadzam się z Czarkiem Krysztopą – nigdy nie stanie się dziennikarzem. Bloger w dzisiejszej Polsce jest tegoż dziennikarstwa erzatzem. Coryllus we wspomnianym tekście pisze o ważnej rzeczy, która dodatkowo każe się zastanowić o co z tym fenomenem polskich blogerów chodzi. Pisze Coryllus mianowicie o blogerach piszących za pieniądze płacone przez partie (lub Światowid raczy wiedzieć od kogo). Pal licho to, czy Coryllus rzuca swoje przypuszczenia w stronę właściwych nicków ( oczywiście oprócz wymienionej tam Ufki któa jest chodzącą uczciwością ) – nie można zamknąć oczu na fakt, że tacy opłaceni blogerzy są wśród nas, siedzą na tej samej co my sali i być może mijamy ich codziennie. Czyli ta niby „jedynie zdrowa tkanka” polskiej przestrzeni publicznej również jest zarażona. Bo przecież nie istnieje w próżni, tylko jest umiejscowiona w tym samym bagnie co reszta.
Jakie wnioski? Te bardziej ogólne są takie, że dopóty blogerzy będą cytowani w mediach dopóki nasze media nie zostaną wyleczone. Jak je leczyć, tego nie wiem – to zadanie dla tęższych niż moja głów. Są jeszcze wnioski natury osobistej. Od pewnego czasu staram się pisać mniej – robię sobie co parę dni przerwę. Nie chcę zostać własną karykaturą – czyli takim schyłkowym Elvisem blogerki, który upasiony jak nieludzkie stworzenie, poprzebierany w białe skóry z cekinami wychodzi na scenę w Las Vegas i zawodzi niczym dobijane zwierzę. Z tego też powodu zamierzam sobie zrobić, liczoną od jutra miesięczną przerwę. Nie tylko od pisania, ale też od wszelkiego komentowania. Nie jest to żaden rejtanowski gest. Chcę po prostu wykorzystać czerwiec i okres Euro na spojrzenie na to wszystko z pewnego dystansu, o który na co dzień jest trudno.
Pozdrawiam wszystkich. Do lipca:)


Komentarze
Pokaż komentarze (42)