Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
968
BLOG

Piłko-szlag

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Polityka Obserwuj notkę 50

 

Euro 2012, z naszej polskiej perspektywy to impreza niesamowicie wręcz niejednoznaczna. Ja sam mimo podjętych wielu prób nie umiem wypracować sobie jakiegoś twardego poglądu na ten temat. Z jednej strony bowiem mamy kwestie oczywiste – nasze państwo w wielu miejscach mocno niedomaga i takie euro-dożynki za grube dzięgi mogą się jawić jako akt niemalże samobójczy. Z drugiej – trzeba by być człowiekiem ze stali żeby nie cieszyć się z faktu, iż przez pięć minut byliśmy w centrum wszechświata. Myślę, że ta niejednoznaczność Euro nie zostanie nigdy rozsupłana. Widać ją było zresztą w ocenach i komentarzach jeszcze w czasie turnieju. Jeszcze przez wiele lat będziemy słyszeć kakofonię wewnętrznych opinii, częstokroć wzajemnie się wykluczających. Lepiej więc chyba zadać sobie pytanie – co to Euro tak naprawdę nam dało.

A dało wiele. Zobaczyliśmy w wyjątkowo jaskrawych barwach pewne aspekty, które na co dzień tak nam się stopiły z rzeczywistością że przestaliśmy je niemalże zauważać. Np. to jak czasami jesteśmy pogubieni. Widać to było na przykładzie owego „ruskiego przemarszu”. Cała ta historia tak się w pewnym momencie zapętliła że chyba nikt już nie wiedział o co chodzi. Kto kogo sprowokował, czym, gdzie i kiedy. W końcu nikt już nie wiedział kto zawinił, kto był dobry i czyi są do diabła ci kibice. „Tych” czy „tamtych”. Kociokwik. Widać było jak te nasze niezdrowe emocje czasami dają się łatwo podgrzewać byle komu a potem się wylewają z rondla szarawą pianą. Choć czy to będzie jakaś nauka na przyszłość? Wątpię serdecznie. Wszak krew nie woda.

Najbardziej i najmocniej uwidoczniły się w czasie Euro nasze rozdźwięki i pęknięcia. Na moje oko to pokazały nam się wyraźnie elektoraty. Donald może spać spokojnie – myślę że ci którzy doczepiali chorągiewki do swoich bryk w kredycie, to nie są raczej kandydaci na pisiorów. Bo obowiązki były dwa – lemingi miały obowiązek tańczyć kankana z tej radości, a pisiory musiały się trochę boczyć na to wszystko. Tak dla zasady. Reszta po prostu oglądała mecze i zastanawiała się czemu nie gra Torres. Tak więc na razie widać że lud z chorągwiami na dachach jest liczny i nie zamierza zbyt szybko zostać ciemnogrodem. Bywa.

Ale już tak najbardziej, najbardziej, to widać było jak potrzebujemy żeby nas przytulać. Otwieram Rzepę a tam na drugiej stronie trzy szpalty wycinków z mediów zagramanicznych. Oczywiście pełne pochwał. Żaden dziennikarz nie mógł nie zapytać gościa z zagramanicy czy ten jest zdziwiony tym, że w Polsce jest sygnalizacja uliczna. Boniek opowiada jak to go zaczepiano i mówiono że nie mogą w to wszystko uwierzyć. Oni myśleli że my jemy wprost z garnków i że poruszamy się furmankami, a tu takie zaskoczenie. A my kraśnieliśmy z dumy.

Spod tego wszystkiego cichutko popiskiwała nasza tęsknota za klęską. Nie byłoby dla nas dobrej zabawy bez jakiejś, choćby maleńkiej, porażki. No więc goniliśmy tą porażkę niczym psy gończe, aż w końcu dopadliśmy ofiarę tuż za rogiem – po meczu z Czechami. Jest!!! Dobiliśmy ją , nadzialiśmy na rożen i piekliśmy na wolnym ogniu na chrupkie „nic się nie stało”.

No więc jak z tym Euro? Tak jak pisałem na początku – nie wiem. Niedługo skończą się czerwcowe uniesienia i przyjdą ponure listopadowe rozliczenia. Wtedy okaże się czy to co chapnęliśmy to nie była przypadkiem czekoladowa krówka ale z cyjankalią w środku.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (50)

Inne tematy w dziale Polityka