lwowiak1935 lwowiak1935
190
BLOG

starsze z amerykańskiej prasy

lwowiak1935 lwowiak1935 Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Styl większości wypo­wiedzi publicznych w Chicago na temat zamachu na prezydenta Polski w dniu 10 kwie­tnia 2010 roku w Smo­leńsku - niestety chluby Polonii w Chicago nie przynosi. Nawet re­nomowane i opiniotwór­cze radia i ich właści­ciele wypowiadali się w sposób, nazwijmy to: nieco żenujący. I co z tego, że większość ro­daków od początku cał­kiem słusznie podejrze­wała, że był to zamach. Forma wypowiedzi cza­sami zupełnie "kła­dzie" treść. A niedorze­cznych wypowiedzi, hi­potez - tworów wyob­raźni podawanych jako prawdy objawione, ja­kiegoś niepojętego roz- emocjowania... - Było tego co niemiara. Rzecz w tym, że pożar emocji może przysłonić zdolność spostrzegania prawdy, a zacietrzewie­nie emocjonalne może sprawić, że cokolwiek przestanie do nas do­cierać. Kto już wszystko najlepiej wie - przestaje szukać... A życie w nie­realnym świecie - a to błąd. No i zawsze warto odróżniać trzy sprawy: rzeczy udowodnione i pewne, rzeczy praw­dopodobne mniej lub bardziej - no i tzw. czyste hipotezy...
A gdybyśmy przy okazji nieco wyrośli z rozemocjonowanego myś­lenia Polaków i nabyli co nieco po­stawy poszukiwaczy prawdy - jakże byłoby dobrze. Każdy wie, że propa­ganda komunizmu dęła ile sił w trą­by rozemocjowania (i zarazem "od­zwyczajania" od myślenia) - i to co mówię, mówię nie dlatego, żeby kry­tykować Polaków, tylko, żeby co nieco na lepsze zmienić.
Tu nie mogę odmówić sobie kil­ku ilustracji historycznych dla ilu­stracji problemu.
Jeden z najwybitniejszych pol­skich dziennikarzy i pisarzy XX wie­ku, Stanisław Cat Mackiewicz (o­statni premier Rządu RP w Londynie w latach 1954-56), opisując swoje wspomnienia z ostatnich dni sierpnia 1939 roku, przytacza dwie sprawy. W dniu 25 września słyszał on roz­mowę dwóch pań, z których jedna i druga w optymistycznym nastroju wymieniały uwagi o nadchodzącej wojnie. Obie panie były zgodne, że Hitler wygląda jak rozhisteryzowany fryzjer, a nasze wojsko, które wczo­raj wymaszerowało z koszar, to ho, ho... To dopiero jest wojsko! W trzy dni później uczona pani profesor nie ukrywała radości z podpisania ukła­du Ribbentrop-Mołotow, o którym właśnie doniosły media. Na cierpkie pytanie Cat'a Mackiewicza, z czego właściwie tak się cieszy, odpowie­działa: "Jak to z czego? Hitler się w końcu skompromitował!"
Rafał Klimuszko
ZBRODNIA
■ Cmi OZABÓJSWIE PREZYDENTA KACZYŃSKIEGO
Oba powyższe przykłady to do­bra ilustracja czegoś, co nazwałbym emocjonalnym podejsciem do poli­tyki. Pół biedy, gdy dotyczy to roze- mocjowanych pań, gorzej gdy doty­ka to sterników polityki czy całych społeczeństw. W Warszawie jeszcze w dniu 3 września 1939 roku odby­wała się wielka demonstracja (ponad 300 tys. ludzi) i tłum Polaków wiwa­tował na cześć Francji i Anglii... Nie rozumieli oczywiście, że brytyjskie i francuskie gwarancje dla Polski to wyłącznie dyplomatyczny blef bez pokrycia i celowe działanie, by Hit­lera skierować na Polskę. Co miało Anglii i Francji dać czas na dozbro­jenie. Pierwotny plan wojenny III Rzeszy zakładał bowiem nagły atak na Francję w sierpniu 1939 roku. Niemieckie kolumny zmotoryzowa­ne miały po prostu bez wypowiedze­nia wojny wjechać poprzez Belgię do Francji i jechać do Paryża. A we wrześniu Luftwaffe miała się przeba- zować nad kanał La Manche. Pier­wszą porcję 40 nowoczesnych samo­lotów myśliwskich (40 sztuk Haw- ker Hurricane) RAF otrzymał dopie­ro w styczniu 1940 roku... Gdyby do powietrznej bitwy o Anglię doszło rok wcześniej niż doszło... Oczywi­ście
ten najbardziej korzystny wa­riant rozegrania II wojny światowej ginące
ten najbardziej korzystny wa­riant rozegrania II wojny światowej ginące Wojsko Polskie uniemożliwi­ło Hitlerowi definitywnie, co akurat krwawy wariat z Berlina rozumiał i w miarę upływu czasy narastał jego nienawiść do Polaków. Fakt, że Kampania wrześniowa zmieniła za­sadniczo losy tej wojny, do tej pory w żaden sposób nie jest w dysku­sjach na temat przebiegu II wojny należycie podejmowany, a Polakom nie jest oddana należna im zasługa i chwała. Niestety jest to prawda. Gdyby nie polski wrzesień 1939 ro­ku, nie było by D-Day w Normandii, nie byłoby kontroli szlaków wo­dnych świata przez aliantów, Anglia byłaby zwasalizowanym sojuszni­kiem Hitlera, dostaw z USA do So­wietów też by nie było, itp. itd. Ale czy rząd RP w roku 1939 działał pra­widłowo, czy dał się oszukiwać, wy­korzystywać i nabierać? Słowem, czy działał z właściwą troską o kraj, czy też z emocjonalną głupotą? Od­powiedź zawiera się w słowach wi­cepremiera Eugeniusza Kwiatkow­skiego wypowiedzianych na wiecu w Budgoszczy w dniu 25 sierpnia 1939 roku: "Wojny żadnej nie bę­dzie. Bo przecież gdyby Hitler roz­pętał teraz wojnę, to znowu byłaby to wojna światowa, a tę Niemcy znowu musiałyby przegrać!" O żałosny ra- cjonaliźmie (w wersji, którą nazwał­bym "naiwną") - a gdzie rola sza­leństwa w historii? I tyle byłoby w temacie Polaków "uprawiania" po­lityki
Wydaje się, że dwie sprawy.
Po pierwsze: samolot prezydenta Polski leciał prawidłowym torem ko­rytarza powietrznego prowadzącego do pasa startowego, tylko że w sto­sunku do tegoż korytarza tor lotu był "przesunięty" o 25 metrów do tyłu i o 5 metrów w dół. To zaś wskazuje na jedyną możliwą przyczynę: sfał­szowanie danych satelity nawigacyj­nego, na podstawie sygnałów które­go pilot automatyczny prowadzi sa­molot do lądowania. Bowiem przed podejściem do lądowania kapitan sa­molotu włącza "pilota automaty­cznego" i te urządzenie już bezbłę­dnie prowadzi maszynę na lotnisko. Chyba, że sygnały satelity nawiga­cyjnego, którymi "pilot automaty­czny" się kieruje - zostają sfałszo­wane...
Tu muszą państwo wiedzieć, że urządzenie do fałszowania danych satelitów nawigacyjnych jest od po­nad 10 lat znane w technice wojsko­wej. To ważne urządzenie, ono spra­wia, że np. naprowadzana rakieta nie trafi w cel, samolot wroga rozwali się przy lądowaniu, itp. Urządzenie ta­kie popularnie nazywa się "ME- CON". Ma ono postać przedmiotu rozmiarami podobnego do paczki papierosów. Wychwytuje ono sygnał satelity i przetwarza na sygnał o sil­niejszej mocy, jednocześnie przesu­wając parametry celu do 30 metrów. Takiej różnicy urządzenia kierujące (w tym pilot automatyczny) nie są w stanie zidentyfikować. Efektem bę­dzie jednak, że obiekt "naprowadza­ny" danymi satelitarnymi - poleci jednak w inne miejsce! I np. nie tra­fi: czołgu, okrętu, budynku... Albo samolot "nie trafi" w lotnisko. "MECON" ma zasięg działania do 100 km, wystarczy np. powiesić ta­kie urządzenie na gałęzi drzewa w pobliżu lotniska. Technologię budo­wy takich urządzeń posiadają wszyt- skie ważniejsze armie świata. Polska też. W USA i w UE powołano też specjalne zespoły badawcze, by o­pracować sposób przeciwdziałania MECON'owi. Bowiem w dniu, w którym taka zabawka trafi do rąk ter­rorystów - samoloty pasażerskie przestaną latać.
To co powiedziano powyżej jest pewne. Podpułkownik Arkadiusz Protasiuk podchodząc do lądowania w warunkach pogorszonej wido­czności (mgła dopiero się tworzyła), po prostu włączył pilota automaty­cznego - jak zresztą było do przewi­dzenia, że tak zrobi. Nadto w sprawie wypowiedziało się z własnej woli trzech ekspertów lotnictwa: rosyjski, amerykański i niemiecki. Ci dwaj o­statni to prawdzie międzynarodowe sławy tej branży. Wszyscy jednozna­cznie wypowiedzieli się, że samolot leciał w oparciu o sfałszowane dane satelitarnego systemu naprowadza­nia. Przesunięcie toru lotu i tor ideal­nie pasujący do prawidłowego kory­tarza, tyle że "przesunięty" - nie po­zostawiają innej możliwości.
Tu możemy dodać w formie dy­gresji, że jeżeli samolot zdecydowa­nie przechylił się na lewe skrzydło, jest możliwą hipoteza, że w samolo­cie "uruchomiło się" dodatkowe u­rządzenie blokujące sterowanie ma­szyną. W Tu-154M można takie za­instalować, istnieje taka techniczna możliwość. O tej sprawie wypowie­dział się najlepszy polski ekspert od katastrof lotniczych. Ale to hipoteza.
Po drugie: Kadłub samolotu zo­stał rozerwany poprzez eksplozję bomby izowolumetrycznej. To zara­zem pierwszy przypadek w historii, gdy użyto takiej broni w zamachu. Dotychczas nie zdarzyło się to nigdy wcześniej.
Dodajmy, że podpułkownikA. Protasiuk potrafił skutecznie wy­lądować. Zabłocone koła Tu-154M widoczne na zdjęciach dowodzą tego jednoznacznie. Prawdopodobnie dzielny oficer, gdy zrozumiał, że sa­molot jest w trakcie dokonywania zamachu na życie prezydenta - po­stanowił "posadzić" maszynę na ziemi jak najszybciej. Teoretycznie mógł nacisnąć przycisk "GO OFF" błyskawicznie zwiększający moc sil­ników (każdy pasażerski odrzuto­wiec ma taki przycisk umożliwiający wzbicie się do góry w razie proble­mów z lądowaniem). Ale wyraźnie bał się już cokolwiek dotykać, a miękkie bagniste podłoże i prędkość lotu równa prędkości lądowania da­wały realną szansę osłabienia siły u­derzenia i uratowania pasażerów. Tu muszą Państwo Czytelnicy wiedzieć, że Tu-154M ma wyjątkowo mocny kadłub. Składa się on z bardzo sil­nych podłużnic, gęstych poprzecznic (wszystkie te elementy są wykonane ze stopów wzmocnionego alumi­nium) oraz z blachy zewnętrznej i wewnętrznej. Sama aluminiowa bla­cha zewnętrzna (dokładniej także stop wzmocnionego aluminium) ma grubość... 5 cm.! Poza tym brak de­cyzji o wzbiciu się w powietrze prze­mawia za jednym - piloci już nie mogli sterować samolotem (zabloko­wane lub częściowo zablokowane stery albo sterowanie przejęte z ze­wnątrz). Nadto, kapitan samolotu mając świadomość, że jest dokony­wany zamach, z prawdopodobień­stwem graniczącym z pewnością wolał "lądować" nieco przed lot­niskiem - w pierwszym odruchu na pewno przypuszczając, że zamachu dokonują Rosjanie! I takie lądowanie daję większą szansę uratowania Pre­zydenta! Oddajmy cześć pamięci dzielnego oficera, błyskawicznie i poprawnie myśłącego. Z Prezyden­tem RP rzeczywiście latali najlepsi!
A poza tym, jeżeli samolot "przekręcił się na plecy" i tak ude­rzył w ziemię - jak wmawia kaskada kłamstw Partii Oszustów i ubeckie telewizornie - to dlaczego koła są za­błocone?
Nie mógł wiedzieć kapitan pre­zydenckiego samolotu, że w mo­mencie wylądowania odpali się zgo­ła nietypowy ładunek wybuchowy, który rozniesie cały kadłub w drobne strzępy, nie większe niż 20-30 centy­metrów. Najprawdopodobniej zre­sztą zapalnik był "wstrząsowy", czyli reagujący na silny wstrząs. A wszyscy pasażerowie zginą straszną śmiercią.
Tu muszą Państwo Czytelnicy wiedzieć, co to są bomby izowolu- metryczne. Najogólniej biorąc jest to odpowiednia ciecz pod bardzo wyso­kim ciśnieniem. W momencie uru­chomienia bomby (przeważnie jest to oddzielny wybuch) ta ciecz pod wpływem różnicy ciśnień natych­miast "paruje" - czyli zamienia się w aerozol szczelnie wypełniający ja­kieś pomieszczenie, a następnie, naj­częściej zasysając i zużywając obec­ny w powietrzu tlen - z potworną si­łą wybucha.
11-17 czerwca 2010 r.
Wybuchowi towarzyszy ogrom­ne ciśnienie i temperatura do 3000 stopni Celsjusza. Rosjanie nazywają te bomby "termobarycznymi" - właśnie od ciśnienia i temperatury.
Bomby izowolumetryczne są znane od czasów wojny wietnamskiej, z tym że początkowo miały postać du­żych bomb lotniczych opuszczanych na spadochronach. Przy zetknięciu z ziemią bomba uwalniała śmiercio­nośny aerozol, który następnie eks- lpodował nad powierzchnią dosło­wnie kilku kilometrów kwadrato­wych. US Army bardzo lubiła uży­wać tych bomb np. dla "oczyszcze­nia" terenu, na którym miały lądo­wać np. śmigłowce. Boom - i potęż­ny teren oczyszczony z wszelkich min i innych pułapek.
Bomby izowolumetryczne to najsilniejsze bomby konwencjonalne i w ogóle najsilniejsze bomby po bombach atomowych. Do lat 80-tych ubiegłego wieku były to jednak bomby fizycznie dużych rozmiarów. Ich siła wybuchu zależała bowiem od ilości cieczy, która zamieni się w aerozol. Amerykańska najsilniejsza bomba izowolumetryczna nosiła na- zwęMOAB. Jankesi nazywali ją po­tocznie "Mother of All Bombs". Jakby przez przekorę Rosjanie skon­struowali w latach 90-tych bombęje- szcze 4 razy silniejszą - i nazwali ją OWB ("Otiec Wsiech Bomb"). Jednak Rosjanie na potrzeby wojny z Czeczenami skonstruowali także po­ciski termobaryczne małych rozmia­rów i mniejszej mocy.
Taki pocisk może być odpalony ze zwykłej ręcznej rakietnicy np. so­wieckiego typu Trzmiel. Ma postać granatu, który zawiera w środku oko­ło 1 litra odpowiedniego płynu. Gdy taki pocisk rozerwie się np w środku jakiegoś pomieszczenia w budynku - płyn zamieniony w gaz natychmiast przeniknie wszędzie gdzie da radę (tak duża jest różnica ciśnień). Szczeliny pod drzwiami - to napraw­dę droga aż nadto szeroka. A po
 cza­sie dosłownie "sekundowym" w budynku eksploduje całe piętro. Al­bo
 
i w mniejszym trzy piętra... Tak sowieccy żołnierze (o przepraszam - teraz rosyjscy) "oczyszczali" w Czeczenii podejrzane budynki z ter­rorystów.
W Polsce bomby termobaryczne są produkowane od 1988 roku, gdyż Polska jest jednym z nielicznych kra­jów, który również posiada technolo­gię ich budowy. Znana jest polska bomba o kryptoninie "Tejsy" - ofi- cialnie zademonstrowana po raz pierwszy publicznie na Targach prze­mysłu obronnego w Polsce w roku 1988.
Bomba izowolumetryczna (ter- mobaryczna - jak kto woli) umie­szczona w samolocie może mieć ksz­tałt małej gaśnicy, umieszczonej np. w pobliżu kabiny pilotów. Technika nie zna innego wytłumaczenia przy­czyny, dla której z potężnego kadłu­ba samolotu dosłownie nic nie zosta­ło. Tu muszą Państwo wiedzieć, że "izowolumetryczna" oznacza, że wybucha cała powierzchnia (dokła­dniej całą objętość). Wybuch pun­ktowy konwencjonalnego ładunku zostawia zawsze duże zniszczenia blisko ładunku, a im dalej - tym mniejsze. I zachowane tym większe fragmenty kadłuba, im dalej było od miejsca wybuchu.

Tylko bomba izowolumetryczna rozniesie dosłownie cały kadłub w drobny mak!
To o czym mówimy powyżej - to nie są żadne hipotezy. To są rzeczy pewne. Istnieje aż kilka niepodwa­żalnych dowodów, że tak było.
Tu musimy stwierdzić, że wy­buch bomby izowolumetrycznej po­zostawi charakterystyczne ślady tworzących ją substancji na szcząt­kach wewnętrznej blachy tworzącej kadłub samolotu. Są one do wykry­cia poprzez najdokładniejszą metodę rozpoznawania śladowych ilości substancji - analizę spektrofotome- tryczną. Składnikiem wielu takich bomb jest np. sproszkowane alumi­nium. Nadto z niczym nieporówny­walne są ślady pozostawione na zwłokach ofiar. Z powodu bardzo wysokiej temperatury ubrania i od­słonięta skóra będą po prostu zwęg­lone. W dodatku w płucach powsta­nie charakterystyczny obraz. Mó­wiąc najkrócej - płuca zamienią się w dwie powietrzne jamy. Taki obraz, zwany przez radiologów wojsko­wych "powietrznym motylem" (płuca posiada człowiek dwa) po­wstaje tylko i wyłącznie wskutek wybuchu bomby izowolumetry- cznej. Wystarczy zrobić zdjęcie ren­tgenowskie choć jednych zwłok z ja­ko tako zachowaną klatką piersiową. Stąd tak ważna dla materiału dowo­dowego jest sekcja zwłok. Tu mówi­my o dowodach eksperckich.
Wybuch takiej bomby i tylko ta­kiej, doszczętnie rozkawałkuje kad­łub - i to na bardzo drobne kawałki. Siła wybuchu odrzuci też skrzydła i ogon samolotu - i te fragmenty "przekoziołkują" do góry nogami. Zostaną też odrzucone na odległość kilkudziesięciu metrów od kadłuba. To samo stanie się z kabiną pilotów, chyba że bomba była umieszczona blisko kabiny - wtedy z kabiny nic nie zostanie. W dodatku siła wybu­chu rozniesie szczątki na powie­rzchni o niespotykanej w katastro­fach lotniczych szerokości i na ob­szarze o powierzchni zbliżonej do kwadrata. I dokładnie tak jest. No i oczywiście - w samolocie prakty­cznie nikt nie ma szansy przeżyć. Obiektywnie nikłą szansę mają jedy­nie osoby w części kadłuba najbliżej ogona, i to tylko w takim samolocie jak prezydencki Tu-154M. Salon prezydenta znajdował się bowiem tuż przy ogonie i wchodziło się do niego przez odrębny salon mini­strów. To są jakieś przeszkody dla rozprzestrzeniania się gazu, ale jest to obiektywnie szansa bardzo nikła. Nie ma też dużej szansy na pożar benzyny w zbiornikach w skrzydłach samolotu, bo ciśnienie wybuchu "wypchnie" benzynę na zewnątrz, a samą główną kulę ognia ciśnienie wybuchu zaraz zgniecie. Ot, gdzieś tam w trawie jakieś małe poletka skropione rozbryzganą benzyną mo­gą się tlić...

Wybuch będzie też doskonale widoczny na zdjęciach wykonanych przez satelitę amerykańskiego moni­torującego ten region zgodnie z poro­zumieniami podpisanymi przez USA z Sowietami, a potem Rosją, o sateli­tarnej kontroli porozumień o ograni­czeniu zbrojeń... Nie obserwowałem tej wizyty, ale miałem sygnały, że Radkowi Sikorskiemu
Amerykanie zaproponowali te zdjęcia, pytając czemu Polska nie poprosiła o pomoc NATO w sprawie śledztwa odnośnie przyczyn "katastrofy". Ten ostatni zaperzył się, że Polska żadnych zdjęć nie chce (tak mi powiadano) - bo był to błąd pilota. (Oczywiście wszelkie media, w tym polonijne, gdzie ubole i razwiedka mają wpływy, teraz pub­likują artykuły, jak to zmęczeni pilo­ci się mylą, i to na całym świecie. I jacy są przepracowani... Sam wi­działem taki tekst w chicagowskim "Monitorze").
 
And last but not least.Tylko bomba izowolumetryczna wybucha w takim specyficznym "dwutak- cie". Są to akustycznie dwa oddziel­ne wybuchy - bo gwałtownie rozprę­żający się gaz powoduje pierwsze "boom", po którym zaraz następuje właściwy, następny wybuch. I to do­kładnie słyszał świadek Sławomir Wiśniewski, montażysta TVP, który akurat jechał samochodem na lotnis­ko nagrywać lądowanie Prezydenta i towarzyszącej mu "ekipy". Dwa wybuchy, niezbyt głośne, po czym niewielką, zaraz stłumioną kulę og­nia... I dokładnie to do kamery "na gorąco" powiedział...
Oni zginęli straszną śmiercią. I tylko ten kto wiedział, że na pokła­dzie jest bomba i jaka mógł zamie­ścić wpis na stronach internetowych Gazety Wyborczej o godzinie 8:38:00, że prezydencki samolot miał "wypadek" i że nikt nie prze­żył. Przypomnijmy, że dokładna go­dzina "katastrofy" to 8:39:54 sek. (Wszystko w przeliczeniu na czas polski, czyli środkowoeuropejski.) A taką bombę można było zamonto­wać w tym samolocie tylko w War­szawie... I ktoś, kto wiedział, co wy­buchnie i z jakim skutkiem, mógł ro­bić taki wpis, gdy ten samolot je­szcze prawie 2 minuty leciał... A do­wód, na godzinę "katastrofy" jest również niezbity, nasz Tu-154M ściął skrzydłem linię energetyczną i dokładnie o godz. 8:39:50 sek. na osiedlu mieszkaniowym przyległym do lotniska zgasło światło...
Cóż, Michnika zgubiła tu pycha - chciał być koniecznie pierwszy, któ­ry "puści newsa" w świat!
KURIER 15
Bombę musiano umieścić w Warszawie... Ale co z tego wynika - z tym że chłodno i bez emocji, ale z poprawną logiką - w następnym od­cinku p.t. "Komu bije dzwon?" A wynika wiele i ważnego...
 
 
 
lwowiak1935
O mnie lwowiak1935

Nonkonformista-o dużym doświadczeniu w różnych dziedzinach życia.Nie potrzebuję żadnej akceptacji, ważne dla mnie jest to co uważam słuszne i wartościowe.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości