Kandydat na prezydenta Komorowski ma wszystkie telefony. "Dzwonię wszędzie." - to słynny komentarz Komorowskiego do jego rekordowego rachunku w wysokości 170 tysięcy zł. za komórkę podczas poprzedniej kadencji. To nie jakieś tam sobie pogaduszki, to jest głębsza sprawa, światopoglądowa.
Komorowski uważa bowiem, że najlepsze państwo to takie, w którym po kumplowsku się do siebie dzwoni i po prostu obgaduje sprawę, załatwia się, co trzeba. Najlepiej więc, gdy wszyscy są dla siebie kumplami i mają swoje telefony.
Ostatnio tłumaczył red. Olejnik, że "No zapewne byłoby dużo lepiej, gdyby nie było takiego napięcia w relacjach, w ramach władzy wykonawczej pomiędzy kancelarią prezydenta a rządem, łatwiej by było po prostu wziąć za telefon, zatelefonować poprosić, żeby coś tu zmieniono. Jeżeli jest pewna nieufność, a czasami nawet i jakaś konkurencja, no okazuje się, że to się obraca przeciwko wszystkim." I właśnie - według niego to jakaś chłopięca zabawa, jakaś konkurencja... Nie funkcja kontrolna prezydenta! No i według niego świat byłby prostszy, państwem by się lepiej rządziło, gdyby wszyscy byli z jednej ufnej familii... Jak Rycho ze Zdzichem albo Mirem.
Podobało się też Komorowskiemu jak to dawniej były rządy jednej partii, w zgodzie, czy nawet nieco "szorstkiej przyjaźni". Komorowski tłumaczy: "Pozytywnie oceniam prezydenturę Aleksandra Kwaśniewskiego, mimo że w tym czasie rządy sprawował SLD -partia przez niego stworzona. Nie jest groźna wspólnota ideowa prezydenta i premiera."
Tak też teraz wkrótce już może być, zgodnie i bez napięć. Pełna wspólnota ideowa między Komorowskim i Tuskiem. I gorąca linia. Nie będzie konfliktu, nie będzie nikomu zawadzać żaden szkodnik, żaden hamulcowy rządowej ustawy, nawet najgorszej, do Trybunału nie pośle... Bo jeszcze by telefon zadzwonił!
Czy chcemy żyć w takim państwie?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)