Kiedy komentatorzy i eksperci jednym głosem krytykują kampanię referendalną Prawa i Sprawiedliwości, według zasady, że leżącego kopie się najmocniej, mnie najbardziej drażni to, że prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz nie podaje się sama do dymisji. Powinna, gdyby jej zależało jakkolwiek na Warszawie, Warszawiakach.
Po pierwsze, jeszcze nie przebrzmiały ogłoszenia pierwszych sondaży, pozytywnych dla pani prezydent, a już politycy PO zaczęli akcję perswadowania tego, by się dopytywać o realizację obietnic referendalnych. Coś się wymknęło w trakcie tylu spotkań i wystąpień przedreferendalnych? Przypadkiem? No, nie traktujmy tego poważnie! Żadnych złudzeń...
Po drugie, następnego dnia po wygranym przez Gronkiewicz-Waltz referendum nastąpiła kompromitacja z totalnym zakorkowaniem Trasy Toruńskiej. Błąd, brak koordynacji między wykonawcą robót drogowych a urzędnikami miejskimi, odsłaniający po raz kolejny to, że miastem tak naprawdę rządzi chaos. Przypadek. To przypadkiem - jak się tłumaczono - wykonawca przystąpił do roboty od poniedziałku rano.
Po trzecie, już drugiego dnia po tym, jak mieszkańcy Warszawy dali Gronkiewicz-Waltz wzmocniony mandat zaufania, wyszło na jaw, że ich okłamała w sprawie nagród dla urzędników ratusza. Miała żadnych nagród nie wypłacać, jednak wypłaciła 850 tysięcy, prawie milion. Kasa wypłaciła więc już 25 milionów urzędnikom Gronkiewicz-Waltz. Urzędnicy, zwłaszcza niektórzy, mogą mocniej ufać szefowej, ale co z resztą? Jak się czujecie, lemingi bez nagród? Naiwnie łykacie tekst rzeczniczki miasta, że to nie takie, to zupełnie inne nagrody były, a poza tym, to czysty przypadek, że to teraz się ujawniło, po referendum, nie przed nim?



Komentarze
Pokaż komentarze (17)