Zdarza mi się towarzyszyć mojej przyjaciółce, która jest wolontariuszką, w jej wizytach w szpitalach czy hospicjach. Zawsze po takich dniach mam potężnego, psychicznego "kaca", bo mi jako człowiekowi ciężko znieść widok człowieka umierającego samotnie, olewanego przez pielęgniarki i lekarzy, którzy już dawno postawili na nim krzyżyk. Prześladuje mnie twarz staruszki (terminalne stadium raka jajnika z przerzutami), której rozpaczliwy ni to szept, ni to skrzek usłyszałyśmy, mijając jej salkę. Prosiła o szklankę wody, bo pielęgniarka powiedziała, że nie ma czasu jej usługiwać.
I znów - minister zdrowia nie wie, co się dzieje?
Jednak - czy w kraju, w którym zawiesza się działalność szpitali z powodu braku porozumienia wśród personelu, możliwe jest godne umieranie? Brat mojej babci, człowiek stary i schorowany, leży w tym szpitalu w Krośnie. Pod respiratorem, na intensywnej terapii. Rodzina nie wie, czy będą w stanie wziąć go do domu, bo nie stać ich na domowy respirator (wydatek rzędu 10 tysięcy!), a nikt w szpitalu nie może udzielić im informacji, czy można taki sprzęt gdzieś wypożyczyć.
W marcu mój dziadek miał wycinanego guza mózgu, płat skroniowy. Operacja, wypis do domu po trzech (!!!) dniach. Efekt? Trzymiesięczna agonia całej rodziny, spowodowana stanem zapalnym pola operacyjnego, krwiakiem, w końcu śpiączką pnia mózgu. O tej ostatniej dowiedzieliśmy się dopiero ze szpitalnych papierów, bo żaden lekarz nam o niej nie powiedział (przez trzy tygodnie!). Tu nie tylko pacjent jest pozbawiony godności, ale i jego rodzina...
Smutno, cholernie smutno. Turandot gdzieś w tle.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)