Wenezuelski prezydent Hugo Chavez pojawia się w Europie Wschodniej niczym św. Mikołaj – zawsze ma jakieś prezenty. Siedzi na ropie, na którą łaszą się przywódcy z Mińska i Kijowa. Jest tylko jeden problem – z Wenezueli na Ukrainę czy Białoruś jest trochę dalej niż z Laponii. Tak czy inaczej, po zakończonej właśnie wizycie Chaveza w Kijowie Wiktor Janukowycz sam zamierza wybrać się zimą do Caracas. Co przywiezie? Tego nie wiadomo.
Wiadomo tylko, że porozumienie między przywódcami Ukrainy i Wenezueli zakłada przynajmniej dwa elementy – dostęp ukraińskich przedsiębiorstw do wenezuelskiej ropy oraz zwiększenie transportu wenezuelskiej ropy na Białoruś – przez Ukrainę właśnie. Mógłby zostać do tego wykorzystany bezużyteczny obecnie rurociąg Odessa-Brody (Rosja już protestuje). Eksperci są jednak sceptyczni. Ukraińskich przedsiębiorstw nie stać na inwestycje w tak dalekim zakątku świata. Bliższe projekty – z Libią, Egiptem czy Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi – nie przyniosły efektów. Naftohaz mógł zainwestować w ubiegłym roku 200 milionów dolarów – to za mało, żeby szukać ropy w Wenezueli.
Poza tym Ukraina nie jest chyba tak zdeterminowana, żeby grać na nosie Moskwie jak Białoruś, która z godnym podziwu uporem sprowadza ropę od Chaveza – co prawda niedużo, bo koszty transportu są spore. Czarne złoto trzeba przewieźć statkami do Odessy, a potem koleją przez Ukrainę. Dlatego Białorusini zachęcali Kijów, żeby udostępnił ropociąg Odessa-Brody. Ukraińcy się zastanawiają, chcą, żeby wzrosła objętość transportowanej ropy, ale Aleksander Łukaszenka nie zamierzał bezczynnie czekać na decyzję – dwa tygodnie temu dogadał się z Litwinami, że wenezuelską ropę może przyjmować port w Kłajpedzie.
Równie mgliście wyglądają inne projekty – choćby deklaracja Chaveza, że mógłby kupować ukraińskie samoloty. Póki co rozmowy handlowe z Wenezuelą mogą więc przynieść takie same efekty, jak pisanie listów do brodatego pana w czerwonej czapce.
Ale nie samym chlebem człowiek żyje. Kontakty z Caracas są też wartością polityczną – obydwu stronom pozwalają poczuć się uczestnikami światowych rozgrywek. To ważne, bo ani Wenezuela, ani Ukraina, ani tym bardziej Białoruś nie mają wyśmienitej prasy. W tle oczywiście jest chęć pokazania Rosji, że kraje Europy Wschodniej nie muszą być skazane na kupowanie surowców od niej. Kłopot w tym, że krajów tych nie stać na całkowite uniezależnienie się od wielkiego sąsiada. Chyba że pieniędzmi sypną Chińczycy…
Andrzej Brzeziecki
Tekst ukazał się na stronie "Nowej Europy Wschodniej".




Komentarze
Pokaż komentarze (1)