Niemal zaraz po przeprowadzonych wyborach parlamentarnych w Mołdawii prezydent Rumunii Traian Basescu oświadczył, że w ciągu najbliższych dwudziestu pięciu lat Mołdawia wejdzie w skład Rumunii; tym samym granica Rumunii (i Unii Europejskiej) będzie przebiegać wzdłuż Dniestru. Jednocześnie prezydent Rumunii podkreślił, że jego kraj nigdy nie podpisze porozumienia granicznego z Mołdawią, gdyż „legitymizowałoby to pakt Ribbentrop-Mołotow”. Dodał, że Rumunia nie ufa Rosji, ponieważ ta wbrew porozumieniu z 1999 roku wciąż utrzymuje swoje wojska na terytorium Naddniestrza, a także przedłużyła okres przebywania Floty Czarnomorskiej na Krymie do 2042 roku. Zdaniem Witalija Portnikowa, wypowiedź prezydenta Rumunii w rzeczywistości odzwierciedla nastroje większej części elity politycznej Rumunii.
Słowa te zostały zaadresowane nie tylko do Moskwy, ale również do Berlina, który w ostatnim czasie aktywnie uczestniczy w rozmowach dotyczących uregulowania kwestii Naddniestrza. Ogłoszono nawet sukces działań strony niemieckiej pod przewodnictwem kanclerz Merkel w sprawie osiągnięcia porozumienia dotyczącego granicy mołdawsko-rumuńskiej. Okazuje się, że w Rumunii nie ma politycznej zgodności co tego tematu. Porozumienie było ważne z punktu widzenia Moskwy, ponieważ w pewnym stopniu gwarantowało dalsze istnienie państwa mołdawskiego jako samodzielnego bytu. Niemcy w ostatnim czasie starają się koordynować negocjacje pomiędzy Mołdawią a Rosją. Jest zrozumiałe, że bez zgody Rosji problemu Naddniestrza nie da się rozwiązać. Również Ukraina w ostatnich tygodniach dołączyła do inicjatywy niemiecko-rosyjskiej. Kijów nie podziela optymizmu prezentowanego przez prezydenta Rumunii, który wskazał, że włączenie Mołdawii do Rumunii stymulowałoby dalszy rozwój demokracji na Ukrainie i działania na rzecz integracji Ukrainy z Unią Europejską. W odpowiedzi MSZ Ukrainy oświadczyło: „Ukraina była, jest i będzie państwem skrajnie zainteresowanym w zachowaniu suwerenności i integralności terytorialnej Republiki Mołdawii”. Taka odpowiedź nie zaskakuje, bo Kijów zawsze był przeciwny jakimkolwiek zmianom granic. Do tego na Ukrainie pamięta się słowa niektórych polityków rumuńskich kwestionujących przynależność terytorialną Północnej Bukowiny oraz Besarabii.
W wypowiedzi Basescu widoczny jest brak konsekwencji. Jeśli granica Unii Europejskiej miałaby oprzeć się o Dniestr, oznacza to, że Naddniestrze znalazłoby się poza Rumunią. Tymczasem Rumunia jest uczestnikiem procesu negocjacyjnego, który w zamyśle samej Mołdawii, a także innych uczestników (na przykład Ukrainy) ma zagwarantować integralność terytorialną Mołdawii. Jeśli prezydent Rumunii nie potrzebuje Naddniestrza, to w czym przeszkadzają mu stacjonujące tam rosyjskie czołgi? Zresztą nie dowiedzieliśmy się, co dalej z Naddniestrzem. Ma być samodzielnym państwem czy połączyć się sojuszem z Rosją, a może ma być przyłączone do Ukrainy? Dziwnie w tym wszystkim wygląda milczenie Kiszyniowa. Po raz kolejny pozostaje wrażenie, że w XXI wieku głównych zainteresowanych nikt nie pyta o zdanie.
Piotr Andrusieczko
Tekst ukazał się na stronie "Nowej Europy Wschodniej".




Komentarze
Pokaż komentarze