Wieczorem 13 grudnia w Kijowie doszło do niepokojącego zatrzymania popularnego dziennikarza Mustafy Najjema.
– Podjechali samochodem z oznaczeniem Berkutu (specjalnego pododdziału milicji – przyp. aut.). Nie przedstawili się, poprosili o opuszczenie auta. Mustafa wyszedł. Poprosili o dokumenty. Zaczęli pyskować. Mustafa podał dokumenty, ale powiedzieli, że nic nie widać – opowiadała dziennikarka Tetiana Danylenko, która była w samochodzie z zatrzymanym. – Zatrzymali go siłą, tłumacząc, że ma „kaukaską twarz”, i zabrali na komendę. Ubliżali jemu i mnie, wyłączyli jego komórkę.
Milicja poinformowała, że funkcjonariusze zastosowali standardową procedurę i nie mogło być mowy o jakiejkolwiek przemocy. Zaprzeczono również, jakoby przyczyną zainteresowania dziennikarzem było jego pochodzenie. Jedynym powodem zajścia miał być zgłoszony napad na dwójkę ludzi, w którym poszkodowani stracili biżuterię, 300 hrywien i telefon komórkowy. Bez wątpienia wydaje się to sensownym wytłumaczeniem zaczepienia dwóch osób siedzących w samochodzie... Najjema wsadzono do radiowozu i zawieziono na komendę. Dopiero tam zorientowano się, kim jest, przeproszono go i wypuszczono.
W wersję „dobrych” milicjantów trudno uwierzyć, zwłaszcza że kilka godzin przed informacją o incydencie z Najjemem eksmajor Państwowej Służby Ochrony Ukrainy Mykoła Melnyczenko powiedział, że „dla Ukrainy byłoby lepiej, gdyby zabito jeszcze niejednego dziennikarza! Dziennikarze, jak i urzędnicy, powinni to przemyśleć i nieco się zmienić, jeśli są realną władzą”. Wypowiedź chyba nie wymaga dodatkowego komentarza na temat przestrzegania przez ukraińskie władze podstawowych praw człowieka. Co ciekawe, Melnyczenko powiedział to w kontekście zamordowanego w 2000 roku dziennikarza Georgija Gongadze, w którego śmierć najprawdopodobniej byli zamieszani najważniejsi urzędnicy państwowi (podejrzany jest między innymi prezydent Ukrainy w latach 1994-2005 Leonid Kuczma), a sprawa przyczyniła się do wybuchu pomarańczowej rewolucji.
Dlatego pozostają dwie możliwości (przy czym jedna nie wyklucza drugiej): po pierwsze, Mustafę Najjema, znanego z ostrej krytyki władzy, aresztowano w ramach uciszania niezależnych dziennikarzy; po drugie, nasila się nagonka na nieetnicznych obywateli, której efekty coraz częściej widzimy w Rosji czy w uznawanej za kolebkę demokracji Francji.
Jak słusznie zauważają przedstawiciele Kijowskiego Niezależnego Związku Zawodowego Mediów, „gdyby zatrzymany nie był dziennikarzem, incydent z pewnością nie nabrałby takiego rozgłosu”. Władze, idąc za ciosem, dały surową naganę Berkutowi, który zatrzymał dziennikarza, a politycy po raz kolejny przypomnieli sobie, że milicję trzeba zreformować. Jak to często bywa podczas rozwiązywania tego typu problemów, zapomina się, że jeśli rzeczywiście chodziło o wątek etniczny, to nie pomoże tu nagana czy inna kara. Koniecznie jest zastanowienie się nad tym, co zrobić, aby ludzie nie byli gnębieni z powodu przynależności do jakiejkolwiek mniejszości. Natomiast jeśli głównym powodem było dziennikarstwo Najjema, to nie pomoże żadna reforma milicji, która działa na zlecenie państwa. Najpierw z polityki muszą zniknąć ludzie pokroju Melnyczenki.
Paweł Pieniążek
Tekst ukazał się na stronie "Nowej Europy Wschodniej"




Komentarze
Pokaż komentarze (1)