O godzinie 15.00 wychodzę z akademika, by sprawdzić, jak wygląda plac Październikowy kilka godzin przed planowaną demonstracją. Na drzwiach sąsiadującej z placem restauracji McDonald’s wywieszono afisz informujący o zamknięciu lokalu wcześniej niż zwykle, zgodnie z zarządzeniem władz miejskich. Sam plac, jak i Aleja Niepodległości są rozświetlone milionami migających lampek, na stworzonym na środku placu sztucznym lodowisku bawi się tłum dzieciaków, jeżdżących wokół najwyższej choinki na Białorusi. Ze szczekaczek zawieszonych na latarniach wyjątkowo głośno przygrywa rosyjski pop. Na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że pomyliło się daty lub miejsca. Rewolucja? Gdzie? Jednak po chwili dostrzegam, jak kilku osiłków ubranych w czarne uniformy ustawia metalowe barierki u stóp Pałacu Republiki, kilku widzę również po drugiej stronie ulicy rozmawiających przez krótkofalówki. Trzeba zaznaczyć, że owe służby specjalne nie posiadają żadnych mundurów czy oznaczeń, więc oficjalnie występują incognito, lecz dla każdego obeznanego z białoruską specyfiką ich pracownicy są rozpoznawalni w tłumie.
Czyli cisza przed burzą.
Wracam do akademika. Opozycyjne portale internetowe donoszą o kolejnych przypadkach fałszerstw wyborczych oraz zatrzymaniach dziennikarzy i osób związanych z komitetami wyborczymi opozycyjnych kandydatów. Temperaturę podwyższa informacja o pozostawieniu w innych obwodach kraju tylko dyżurnych jednostek wojskowych, resztę wysłano do Mińska, do którego jednak zakaz wjazdu mają osoby cywilne, w jakikolwiek sposób wzbudzające podejrzenia. Na portalach społecznościowych odnajduję kilku znajomych z Białorusi, by zapytać o nastroje przed demonstracją. „Idziemy wszyscy, bądź o 20.00!”, „Będzie dobrze, szybko wygramy”, „To będzie najlepsza impreza ostatnich pięciu lat!” – próbowali zarazić mnie optymizmem i nawet trochę im się udało. Jednak nadal pełen obaw, jak potoczą się wypadki, spotkałem się z moim znajomym Alesiem o 19.30 pod cyrkiem, niedaleko epicentrum późniejszych wydarzeń.
Na placu zrobiło się tłoczniej niż zwykle, jednak nadal nic nie wskazywało na jakiekolwiek ruchy rewolucyjne; po lodowisku wciąż ślizgała się młodzież w rytm rozrywkowej muzyki. Ale o 19.45 z tłumu wyłoniła się pierwsza biało-czerwono-biała flaga, która jest już nie tylko historycznym symbolem Republiki Białorusi, ale również jednoczy wszystkich przeciwników Łukaszenki. Ten gest ośmielił innych zgromadzonych i już o godzinie 20.00 na chłodnym wietrze powiewało kilkanaście takich flag, jak również innych, europejskich lub związanych z poszczególnymi kandydatami na prezydenta, którzy chwilę potem pojawili się na placu. Pierwsi przybyli Kastusieu i Rymaszeuski, zaraz potem dołączyli do nich inni, lecz brakowało profesjonalnego nagłośnienia i człowieka, który najgłośniej nawoływał do spotkania się w wyborczy wieczór – Uładzimira Niaklajeua. Stchórzył? Nagle przez tłum przeszła plotka, jakoby Niaklajeu został brutalnie pobity, gdy wraz ze swoim sztabem oraz aparaturą nagłośniającą zmierzał w kierunku głównej demonstracji. Informacja wkrótce zostaje potwierdzona oficjalnie, tłum skanduje znane już hasła: „Niech żyje Białoruś”, „Wierzymy, możemy, zwyciężymy”, a także „Odejdź” – skierowane do obecnego prezydenta.
Następuje chwila zastoju, kandydaci zastanawiają się, co dalej robić z kilkutysięcznym tłumem zebranym u stóp gigantycznej choinki. W tym czasie przechadzamy się wśród demonstrantów, spotykamy kilku znajomych, Aleksandra Milinkiewicza (wspólny kandydat opozycji w wyborach prezydenckich w 2006 roku, jeden z ojców „dżinsowej rewolucji”) z małżonką oraz Sławomira Adamowicza, autora słynnego wiersza Zabić prezydenta, za który przyszło mu spędzić rok w więzieniu. Zwolennicy anarchii rozdawali ulotki i grali na bębnach, starsi dyskutowali, młodzi eksponowali wszelkiego rodzaju „zakazane” emblematy. Można było też spotkać wszystkich ważniejszych redaktorów mediów opozycyjnych, między zebranymi krążyły ekipy telewizyjne z różnych stron świata, wśród nich Telewizja Polska, której, o dziwo, w tym roku nie stwarzano problemów podczas ustawiania wozu transmisyjnego przy samym placu. Właściciele budek z ciepłymi przekąskami, stworzonych z myślą o miłośnikach łyżwiarstwa, wyczuli w wyborczym wieczorze świetny interes i nie zamknęli swoich punktów, co doprowadziło do dosyć groteskowej sytuacji, gdy w kolejce po herbatę i hot dogi ustawiali się zarówno przedstawiciele łukaszenkowskich służb, jak i demonstranci czekający na jakiś sygnał ze strony organizatorów. W końcu padł: idziemy na plac Lenina!
Tłum anektuje główną ulicę Mińska, szerokością dostosowaną do radzieckich parad, więc bez trudu mieszczącą morze głów, które wylało się spod choinki. Chwilę przedtem w mediach podano informację, że zebrało się około pięciu tysięcy ludzi. Ale gdy okazało się, że gęsty tłum rozciągnął się aż po horyzont, stało się zrozumiałe, że było nas na pewno więcej, choć nie czterdzieści tysięcy, jak huraoptymistycznie podały niektóre media. Widok zapierał dech w piersiach, a efekt potęgowało skandowanie prowolnościowych haseł. Na tej krótkiej, choć emocjonującej drodze doszło do dziwnego i niebezpiecznego incydentu. Znikąd pojawił się biały bus, który próbował przedrzeć się do przodu chodnikiem, po którym szli demonstranci, mimo nawoływań milicjantów, by się zatrzymał. W końcu kierowca opuścił samochód i desperacko próbował uciekać pieszo, jednak po chwili został schwytany przez mundurowych. „Prowokacja!” – zaczęli krzyczeć niektórzy, jednak dłużej nie zajmowano się tym zajściem. Gdy jeden z żartownisiów zawiesił na siedzibie białoruskiego KGB zakazaną flagę, gdy najważniejsza ulica stolicy stała się „nasza”, gdy kierowcy z sympatią trąbili, widząc ten minifestiwal wolności, w wielu głowach pojawił się promyk nadziei: a może teraz już naprawdę nam się uda?
Ludzie rozsypują się po całym, dość obszernym placu Lenina, który otaczają najważniejsze obiekty miasta: Urząd Miejski, Czerwony Kościół, hotel Mińsk, Białoruski Uniwersytet Państwowy i siedziba parlamentu. To właśnie pod tym ostatnim, przy pomniku przemawiającego Lenina, zbierają się główni organizatorzy protestu, tu został też rozstawiony sprzęt nagłaśniający. Pomnik otacza tysiąc, może dwa tysiące najgłośniejszych demonstrantów. Rozpoczynają się przemówienia kolejnych kandydatów, pada pomysł, by spotkać się z przedstawicielami komisji wyborczych, przebywającymi w budynku, wokół którego zebraliśmy się najliczniej. Kandydaci wraz z tłumem dziennikarzy i garstką protestujących idą pod główne wejście parlamentu, gdzie znajduje się też Centralna Komisja Wyborcza. Jedne drzwi zostają rozbite, tłum zebrany na placu nie wie, co dzieje się za szerokimi plecami Lenina, ale zorganizowanego kordonu milicji, wyposażonego w pałki i tarcze, już nie dało się nie zauważyć; jego pojawienie się było naturalnym efektem włamania do wnętrza parlamentu. Na szczęście tym razem obywa się bez użycia siły i chociaż nikt w środku nie chciał rozmawiać z pretendentami do fotela prezydenckiego, milicjanci biorą odwrót, a tłum skanduje hasło: „Milicja jest z narodem” i atmosfera się poprawia. Okazało się, że z mundurowymi też można nawiązać dialog! Politycy przemawiający z „ambony” tłumaczą, że jak widać, milicjanci też są normalnymi Białorusinami i możemy na nich liczyć. Dopiero później dowiemy się, że drzwi zostały rozbite przez prowokatorów, którzy atakowali również próbujących ich sfilmować dziennikarzy. Mimo próśb jednego z kandydatów – Witalija Rymaszewskiego – owi prowokatorzy doprowadzili do zamieszek przy drzwiach. Fakt ich rozbicia państwowe media będą potem powtarzać jak mantrę.
Na trybunę wchodzi znany białoruski bard i poeta Andrej Hadanowicz, śpiewa a capella znane nam wszystkim Mury, tyle że po białorusku. Ludzie wybijają mu rytm, klaszcząc i stukając butami o zamarznięte chodniki. Białoruś znowu śpiewa! Po piosence, gdy kandydaci namawiają do pozostania na placu i zapraszania nań swoich znajomych, zauważamy z Alesiem niepokojące zjawisko. Oto za plecami uczestników demonstracji zwróconych ku pomnikowi Lenina, aleją Niepodległości ciągnie sznur wojskowych ciężarówek, niestety, pełnych pasażerów. Kilka minut później na południowym skrzydle placu wybucha panika, ludzie uciekają, nie słuchają nawoływań organizatorów do pozostania. My stoimy w bezpiecznym miejscu i obserwujemy, jak od strony parlamentu zwarte szyki OMON-u napierają na najzagorzalszych demonstrantów. Rozlegają się piski i gwizdy, coraz więcej osób oddala się od jądra demonstracji, większość po prostu ucieka, bowiem służby porządkowe przestały się przyglądać wydarzeniom, a zaczęły w nich aktywnie uczestniczyć, atakując demonstrantów. Część z nich chowa się do podziemi metra, część ucieka wąskimi uliczkami odchodzącymi od placu. My powoli cofamy się aleją Niepodległości, gdzie z większością uciekinierów z placu oczekujemy na dalszy rozwój wydarzeń pod hotelem Mińsk. Kiedy już rozważamy rozejście się do domów, dosłownie znikąd pojawiają się oddziały wojska i milicji, które idą w zwartym szyku po obydwu stronach arterii, zamykając nam drogę odwrotu. W tłumie podnosi się wrzawa, ludzie wpadają w panikę, w ferworze walki gubimy się z Alesiem. Za sobą mam plac, na którym OMON-owcy dosłownie wyżywają się na niedobitkach, przed sobą widzę posuwający się równym krokiem oddział wojska. Wraz z kilkoma osobami przebiegam przez jezdnię między wolno sunącymi samochodami, wśród nich kilkunastoma radiowozami, z których na szczęście nie zdążyli wysiąść milicjanci. Po drugiej stronie milicja nie zablokowała jeszcze przejścia podziemnego. Wchodzę tam z grupą osób, które również postanowiły zaryzykować ucieczkę tą drogą. Wcześniej widziałem, jak inni wsiadali do zajętych nawet taksówek, akurat przejeżdżających tym odcinkiem drogi. W ten sposób z milicyjno-wojskowego oblężenia udało się wydostać między innymi Alesiowi, o czym mnie później poinformował. Mundurowi samochodów nie zatrzymywali, skupili się na pieszych, ale na szczęście mojej grupie po wyjściu z podziemia udało się dobiec w okolice dworca kolejowego, gdzie już żadnych patroli milicyjnych ani wojskowych nie było. Dopiero w akademiku dowiedziałem się, że pobito i zatrzymano ponad pięciuset uczestników demonstracji, w tym dziennikarzy oraz wszystkich, oprócz Jarosława Romańczuka, kandydatów na urząd prezydenta uczestniczących w proteście.
Jako pierwszą informację o 4.00 nad ranem Białoruskie Radio Państwowe podało, że w pomieszczeniach, w których pracowała Państwowa Komisja Wyborcza, podliczająca ogół głosów, wyłączono prąd, w związku z czym głosy nadesłane z niektórych obwodów trzeba było policzyć jeszcze raz i przez to wyniki zostaną podane z opóźnieniem. Po daniu głównym jakim była demonstracja, słuchaczom zaserwowano pyszny deser w postaci wypowiedzi jednego z komentatorów państwowej rozgłośni radiowej: „Białorusini wybrali stabilność i rozwój, dzięki naszemu przywódcy Białoruś stała się wspaniałym krajem, któremu sytuacji zazdroszczą wszyscy sąsiedzi. Zwycięstwo Aleksandra Łukaszenki to nie tylko jego zwycięstwo, ale także całego, zjednoczonego narodu, którego interesy reprezentuje obecny prezydent. Ludzie zagłosowali za porządkiem! Jeśli chodzi o wydarzenia, jakie miały miejsce dzisiaj na placu, są one efektem niezdarnych wystąpień, braku programu wyborczego i haniebnych wyników wyborczych tych, którzy sami siebie nazywają »opozycją«. Swoje niepowodzenia usiłowali zatuszować demonstracją, podczas której rozbito drzwi w budynku parlamentu, ale na ich prowokację odpowiedzieli tylko inni prowokatorzy i całe wydarzenie miało smutne zakończenie”.
Ostatnim newsem było podanie przez Lidię Jarmoszynę, przewodniczącą Centralnej Komisji Wyborczej i Referendalnej Republiki Białorusi oficjalnych wyników głosowania, według których Aleksander Łukaszenka otrzymał prawie 80 procent głosów, przy ponad dziewięćdziesięcioprocentowej frekwencji.
Na dzisiaj opozycjoniści zapowiadają następne protesty przeciwko fałszerstwom wyborczym i bezprawnym zatrzymaniom kandydatów na urząd Prezydenta Republiki Białorusi.
Relacja Michała Marciniaka z Mińska
Tekst ukazał się na stronie "Nowej Europy Wschodniej"




Komentarze
Pokaż komentarze (1)