0 obserwujących
72 notki
44k odsłony
  241   0

Euro 2012 i kryzys korupcyjnego keynesizmu

                                 The government should pay people to dig holes in the ground and then fill them up.
 


Idea zorganizowania w Krakowie Zimowych Igrzysk Olimpijskich, budząca niekłamany zachwyt włodarzy miasta oraz części polityków rządzącej krajem Platformy Obywatelskiej nieuchronnie budzi skojarzenia z pomysłem organizacji w Polsce mistrzostw Euro 2012. Zatem rzetelna krytyka projektu Olimpiady musi wiązać się z dogłębnym rozliczeniem efektów piłkarskich zawodów.
 


Może się to wydawać dziwne, ale w niecałe pół roku po zakończeniu Euro, wydarzenie to niejako zniknęło z pola widzenia społeczeństwa oraz komentatorów życia społecznego. A przecież w rządowo-medialnej propagandzie impreza ta była przedstawiana jako niezwykle istotne dla naszego kraju wydarzenie, rangą i potencjałem dorównujące niemal Konstytucji 3 Maja. Kłopotliwe milczenie, jakie zapadło po jej zakończeniu (pomijając oczywiście okolicznościowe pogadanki o niezwykłym i wiekopomnym sukcesie) może świadczyć o tym, że te mistrzostwa nie spełniły wszystkich pokładanych w nich nadziei.
 


Warto w tym momencie cofnąć się nieco w czasie i odświeżyć sobie nieco kontekst pojawienia się centralnie sterowanej histerii związanej z Euro. W roku 2007, gdy Donald Tusk obejmował rządy w Polsce, wszyscy co bardziej trzeźwi obserwatorzy życia gospodarczego musieli zdawać sobie sprawę, że to, co wyglądało na giełdowe „tąpnięcie” na Wall Street może przerodzić się w poważniejszy kryzys, którego skutki nasza peryferyjna, nastawiona na tani eksport gospodarka niewątpliwie odczuje. Sytuacja ekonomiczna Polski podówczas – jeśli porównać to z wcześniejszym okresem transformacji – była całkiem przyzwoita. Bezrobocie spadało, deficyt budżetowy był w ryzach, a PKB szybowało w górę w tempie niespotykanym od czasów Kołodki. Dodatkowo, do Polski płynęły dwie względnie szerokie rzeki pieniędzy – jedna w ramach środków unijnych, drugą stanowiły zaś indywidualne transfery przesyłane do kraju przez emigrantów zarobkowych.

 


Te dwa czynniki – groźba kryzysu oraz relatywnie dobra sytuacja na starcie w naturalny sposób sugerowały przyjęcie strategii ucieczki do przodu – czyli aktywnych działań, zmierzających do powstrzymania spadku koniunktury. I rząd Tuska takie działania podjął. Wbrew oficjalnej rządowej propagandzie, opartej w dużej mierze na liberalnym antypaństwowym populizmie oraz tezom głoszonym przez krytyków rządu z prawa i z lewa, rząd PO-PSL w latach 2007 – 2012 realizował politykę interwencjonistyczną, anty-cykliczną, można by wręcz powiedzieć – keynesowską.
 


Stwierdzenie tego faktu jest istotne, ponieważ lewicowi krytycy obecnego rządu niejako rutynowo oskarżają go o „neoliberalizm”, traktując to słowo jako największą obelgę, której użycie z automatu ma im zapewnić zwycięstwo w dyskusji. I rzeczywiście – jeśli skupić się na pewnych wymiarach polityki gospodarczej Platformy (świadome dążenie do destrukcji opiekuńczych funkcji państwa, „uwolnienia” rynku pracy, podwyższenia wieku emerytalnego etc.) to mogą się pojawić skojarzenia z neoliberalizmem. Jeśli jednak spojrzymy na szerszy obraz, to zobaczymy, że Tusk, Rostowski i spółka nie prowadzili polityki w pełni zgodnej z neoliberalnymi wytycznymi. Nie doszło do znaczącej redukcji udziału wydatków państwa w PKB ani do obniżenia podatków (niektóre, np. VAT, uległy wręcz zwiększeniu), radykalnej redukcji deficytu, czy wprowadzenia mitycznej „nieograniczonej swobody prowadzenia biznesu”. Państwo w Polsce jak było, tak jest, niezwykle istotnym elementem życia gospodarczego, a można nawet zaryzykować twierdzenie, że jego rola została wzmocniona. Oczywiście nie było to coś, czym partia Tuska chciałaby się jakoś specjalnie chwalić. Jest to ugrupowanie niezwykle piarowo sprytne i jego przywódcy musieli sobie zdawać sprawę z tego, że duża część elektoratu (drobni przedsiębiorcy, korporacyjne „lemingi” czy studenteria) to ludzie, których sposób percepcji został przeformatowany przez wszechobecną (od „Polityki” po dawną „Rzepę”) bieda-liberalną propagandę, sprowadzającą się do prostego schematu – „państwowe złe, prywatne dobre”). Jednak nie był to pierwszy i jedyny przypadek, w którym retoryka tego rządu miała niewiele wspólnego z jego realnymi działaniami.
 


Jednak skoro państwo wzmacniało swoją rolę w gospodarce, jednocześnie wycofując się ze swoich funkcji opiekuńczych, to, ponieważ w przyrodzie nic nie ginie, to „nadmiarowe” środki musiały gdzieś znaleźć swoje ujście. Okazała się nim być sfera inwestycji infrastrukturalnych – cała pięciolatka Tuska to okres niezwykle, używając poetyki Leszka Balcerowicza, rozbuchanych wydatków państwa w sferę szeroko rozumianej infrastruktury. W tym kontekście, Euro 2012 spadło rządowi jak z nieba – emocjonalna gorączka (niezapomniane telewizyjne transmisje z lania asfaltu na autostradzie, żywcem wzięte z socrealistycznej poetyki spustu surówki) związana z organizacją tej imprezy, podszyta w dużej mierze postkolonialnymi kompleksami (dominował dyskurs typu „nasz zacofany kraj dostał szansę by się wykazać przed mądrymi panami z Zachodu”) umożliwiła medialne sprzedanie programu szerokiej interwencji państwowej, w której mieściło się wiele wydatków niekoniecznie związanych z Euro (budynki użyteczności publicznej, schetynówki etc.).
 

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale