Wydawnictwo Nowy Świat Wydawnictwo Nowy Świat
2821
BLOG

Kulisy porwania Krzysztofa Olewnika (6)

Wydawnictwo Nowy Świat Wydawnictwo Nowy Świat Polityka Obserwuj notkę 0

POLICJANCI



Dwa dni po porwaniu sprawą zainteresował się wojewódzki komendant policji w Radomiu, Zdzisław Marcinkowski. Dowiedział się o wszystkim drogą oficjalną, gdy spłynęły do niego meldunki z terenu. Uznał, że taką sprawę powinna nadzorować komenda wojewódzka policji.


Marcinkowski polecił swojemu pierwszemu zastępcy, inspektorowi Maciejowi Książkiewiczowi, osobiste zajęcie się sprawą. Była to naturalna kolej rzeczy, bo to właśnie Maciej Książkiewicz odpowiadał w komendzie wojewódzkiej za pracę całego pionu operacyjno-śledczego.


Książkiewicz zaczął od powołania policyjnego zespołu. Zaprosił do swojego gabinetu Remigiusza Mindę, starego policyjnego wygę, wówczas zastępcę naczelnika pionu kryminalnego w komendzie wojewódzkiej w Radomiu, który miał opinię dobrego policjanta i sukcesy w walce z porwaniami dla okupu. Śledztwa dotyczące porwań, które prowadził Minda, zawsze do tej pory kończyły się sukcesem. Porwany wracał do rodziny, a bandyci trafiali za kratki.


Mianował Mindę szefem policyjnej grupy, która miała odnaleźć Krzysztofa i schwytać sprawców. Obaj policjanci wspólnie wybrali także pozostałych członków grupy. Byli to już wyłącznie policjanci z Płocka. Do grupy został nawet powołany, co kuriozalne, między innymi naczelnik wydziału kryminalnego z komendy w Płocku; ten sam, który bawił się na imprezie w domu Krzysztofa Olewnika w wieczór poprzedzający porwanie.


Dlaczego policja z Radomia zajęła się sprawą aż spod Płocka? Dlatego, że właśnie w Radomiu, a nie w stolicy, czyli w Warszawie, miała i ma nadal swoją siedzibę wojewódzka komenda policji dla całego Mazowsza. Komendzie policji w Radomiu podlegają mniejsze komendy i komisariaty z rejonu płockiego. Taki stan istnieje od reformy administracyjnej z 1999 roku, gdy ówczesne województwo płockie, z własną komendą wojewódzką w Płocku, zostało połknięte przez województwo mazowieckie.


Inspektor Maciej Książkiewicz, prywatnie mieszkaniec Płocka, a potem jednej z podpłockich wsi, gdzie wybudował dom, do czasu reformy administracyjnej był komendantem wojewódzkim policji w Płocku (1990-1998). Po reformie został pierwszym zastępcą wojewódzkiego komendanta policji na Mazowszu. Komendant Książkiewicz w śledztwie dotyczącym porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika mógł odegrać rolę kluczową, gdyby tylko chciał. Uznawany jest jednak za postać mało znaną i raczej drugoplanową. Niesłusznie.
Maciej Książkiewicz, jako szef pionu operacyjno-śledczego, miał pełen wgląd w pracę grupy Mindy. Mógł żądać raportów i dostępu do informacji operacyjnych. Wiedział co grupa Mindy już zrobiła i co zamierza zrobić. Z drugiej strony mógł wydawać rozkazy i polecenia. Jego akceptacji wymagały także wszelkie decyzje o inwigilacji określonych osób, o śledzeniu, kontroli korespondencji i podsłuchiwaniu rozmów telefonicznych. Miał zatem realną kontrolę nad przebiegiem śledztwa w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika.


Takiej kontroli nie mieli niestety prokuratorzy. W pierwszych latach śledztwo trafiało do prokuratorów, którzy nie mieli pojęcia, jak się do tej sprawy zabrać. Albo chcieli ją umorzyć, albo w ogóle nie mieli na nią pomysłu. Tymczasem w takich sprawach jak porwanie człowieka, kluczowe znaczenie mają czynności operacyjne, czyli podsłuchy, inwigilacja, tajni informatorzy, a to przecież domena policji.


A przy tym należy działać szybko i sprawnie, bo chodzi o wolność i życie człowieka. Jeśli w takiej sytuacji prokurator będzie bierny i nie stanie się faktycznie członkiem grupy, która wspólnie się naradza i podejmuje decyzje, to będzie skazany na bycie klientem policji. Policjanci ujawnią mu tylko tyle, ile będą chcieli lub tyle, ile – z jakichś powodów – będą uważali za słuszne.


Włodzimierz Olewnik bardzo się ucieszył, gdy usłyszał, że to właśnie Maciej Książkiewicz będzie nadzorował pracę policjantów. Ojciec porwanego Krzysztofa osobiście znał Książkiewicza. Obaj panowie byli na „ty”, nawzajem się odwiedzali, bywali u siebie.


W dzień po porwaniu Włodzimierz Olewnik chciał poruszyć niebo i ziemię, aby tylko ktoś mu pomógł odzyskać syna. Dzwonił do wszystkich. Do prywatnych detektywów, polityków, także tych z pierwszych stron gazet, a także do policjantów, w tym do komendanta Książkiewicza. Niestety, Książkiewicz przestał odbierać od niego telefony. Być może był to przejaw profesjonalizmu inspektora, który chciał zachować dystans do pokrzywdzonego, którego znał także prywatnie. A być może komendantem Książkiewiczem kierowały całkiem inne pobudki.


Włodzimierz Olewnik próbował jeszcze dotrzeć do komendanta przez wspólnych znajomych. Niestety, także bezskutecznie. Ojciec błagał o pośrednictwo również policjanta Wojciecha K., który wówczas był jeszcze przyjacielem domu Olewników, ale także bardzo dobrym znajomym komendanta Książkiewicza. Te starania również spaliły na panewce. Do dziś nie wiadomo, dlaczego inspektor Maciej Książkiewicz, prywatnie dobry znajomy Włodzimierza Olewnika, nagle stał się dla niego nieuchwytny.


– Gdybym panu powiedział, co się w tej sprawie działo, toby panu włosy na głowie stanęły – powiedział mi kiedyś raczej nieskory do rozmowy Remigiusz Minda. Niestety, nie wyjaśnił, co miał na myśli. Podkreślał, że wszystkie sprawy porwań, które prowadził, zakończyły się sukcesem. Tylko w sprawie Olewnika mu nie wyszło.

 


 

Fragment książki Roberta Sochy "Nie chodziło o okup. Kulisy porwania Krzysztofa Olewnika", Wydawnictwo Nowy Świat.

W księgarniach od: 6 X 2010.

Następny odcinek - jutro o 16:00.



 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka