HIENY (II)
W kwietniu 2002 roku do Włodzimierza Olewnika zgłosił się kolejny chętny do pomocy, Andrzej Ł. Jak do tej pory Włodzimierz Olewnik znał go tylko jako pośrednika w handlu świniami. Andrzej Ł. krótko przed porwaniem zaczął dostarczać świnie, czyli „żywiec” do zakładów mięsnych. Świnie sprzedawał tanio. Budził jednak podejrzenia wśród handlowców firmy „Olewnik”. Przede wszystkim w branży był niemal nieznany. W sprawie porwania chciał pomóc. Oczywiście nie za darmo, bo jak wiadomo informacja kosztuje. Na wstępie zażądał 120 tysięcy złotych w gotówce. Obiecał, że dojdzie do „mafii pruszkowskiej” (miał stałe zameldowanie w Pruszkowie, choć rzeczywiście mieszkał gdzie indziej). Od Włodzimierza Olewnika zażądał trzymania języka za zębami, bo jeśli się wyda, że zaangażował się w pomoc rodzinie, to on niestety „nie jest kuloodporny”.
– Dałem mu te 120 tysięcy, ale nie w gotówce. Chciałem mieć dowód przelania pieniędzy, dlatego wymyśliłem, że moja księgowa dwukrotnie zapłaci mu za ten sam towar – wyjaśnia Olewnik.
Włodzimierz Olewnik po raz kolejny uległ jednak urokowi handlarza świń i na poszukiwania przekazał mu kolejne 40 tysięcy, czyli w sumie 160 tysięcy złotych. Andrzej Ł. niestety nie pomógł. Sprawa oszusta trafiła do prokuratury, ale tam wpadła w wyjątkowo powolne tryby. Andrzejowi Ł. zarzut wyłudzenia pieniędzy postawiono dopiero po kilku latach, w 2006 roku. Mimo to śledztwo w jego sprawie nadal grzęzło i nie bardzo było wiadomo, dlaczego. Nawet prawnicy Włodzimierza Olewnika mieli problem z ustaleniem, co właściwie dzieje się w tym postępowaniu. Interesując się tą sprawą, usłyszałem od jednego z prokuratorów, że są problemy, bo pojawiają się w niej wątki dotyczące tajemnicy państwowej. Cóż to może znaczyć? Prawdopodobnie w tej sprawie doszło do konfliktu dwóch interesów: interesu Włodzimierza Olewnika, czyli dążenia do wyjaśnienia okoliczności wyłudzenia i ukarania ewentualnego oszusta oraz interesu państwa, związanego na przykład z koniecznością ochrony osób, informatorów, pracujących dla służb specjalnych, jak Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, i dostarczających im wartościowych informacji. Tu musimy pozostać w sferze dywagacji, bo żadna służba specjalna nigdy nie przyzna oficjalnie, że ktoś jest tajnym współpracownikiem.
Miesiąc później, w maju 2002 roku, do gabinetu Włodzimierza Olewnika zapukał Eugeniusz D., w okolicy bardziej znany jako „Gienek”, lokalny zawadiaka. „Gienek”, podobnie jak pozostali, z całego serca chciał pomóc. Na wstępie poprosił o 40 tysięcy złotych „na obiad” ze swoimi informatorami. Postawił tylko jeden warunek. Zrobi co w jego mocy, ale gwarantem udanej współpracy między nim a Włodzimierzem Olewnikiem musi być Grzegorz Korytowski, persona znana w Płocku i okolicach, były wicestarosta w Sierpcu, szef lokalnego koła Sojuszu Lewicy Demokratycznej i dyrektor w płockim Orlenie. Włodzimierz Olewnik przystał na ten warunek, tym bardziej, że Korytowski był już znany rodzinie Olewników. Był też bliskim znajomym Krzysztofa.
Na jednym z kolejnych spotkań, aby się uwiarygodnić, „Gienek” opisał Włodzimierzowi Olewnikowi, jak wyglądało ostatnie przekazanie listu od porywaczy. Według „Gienka”, list odbierała Danuta na Dworcu Wschodnim w Warszawie. List wzięła spod tablicy rejestracyjnej, a potem odczytała go na głos do mikrofonu.
Po powrocie do domu Włodzimierz Olewnik spytał córkę gdzie i w jaki sposób odebrała list. Odebrała go rzeczywiście na Dworcu Wschodnim, spod tablicy, ale ogłoszeniowej, a nie rejestracyjnej. Potem go odczytała, bo w kołnierzu płaszcza miała ukryty mikrofon telefonu. Była połączona ze swoją starszą siostrą Anną.
Skąd „Gienek” o tym wiedział? Poza jednym szczegółem, wszystko się zgadzało.
Pod koniec maja 2002 roku odbywa się kolejne spotkanie, w którym uczestniczą Włodzimierz Olewnik, Grzegorz Korytowski i „Gienek”. Ten ostatni informuje, że za kilka dni będzie telefon od Krzysztofa. Rzeczywiście, 1 czerwca porywacze odzywają się ponownie. Kilka dni później,
11 czerwca – kolejne spotkanie „Gienka”, Korytowskiego i Włodzimierza Olewnika. „Gienek” informuje, że wkrótce będzie kolejny telefon i list od porywaczy. Wieczorem tego samego dnia w domu Olewników dzwoni telefon. Słychać głos Krzysztofa z instrukcjami, skąd można odebrać list. Danuta jedzie pod Płońsk. Spod przydrożnej kapliczki wyciąga kolejny list od porywaczy pisany ręką brata.
Nazajutrz ma miejsce następne spotkanie trzech mężczyzn. „Gienek” informuje Włodzimierza Olewnika o treści listów. Skąd je zna? Włodzimierz Olewnik – w obecności Korytowskiego – przekazuje „Gienkowi” 120 tysięcy złotych na dalsze poszukiwania. Jednak mimo wziętych pieniędzy, „Gienek” do października niczego nie potrafi ustalić. Twierdzi za to, że za 30 tysięcy dolarów umożliwi Włodzimierzowi Olewnikowi spotkanie z synem. Jednak cierpliwość Włodzimierza Olewnika już się kończy i zrywa kontakt z „Gienkiem”.
Do pomocy wciąż jest chętny Grzegorz Korytowski.
W styczniu 2003 roku proponuje Włodzimierzowi Olewnikowi skorzystanie z pomocy lokalnego dziennikarza, Pawła K., który pisuje reportaże kryminalne i w związku z tym ma rzekomo dobre kontakty w świecie przestępczym. Korytowski osobiście odbiera od Włodzimierza Olewnika pieniądze dla Pawła K., w sumie 30 tysięcy złotych. Kontakty dziennikarza jednak na niewiele się zdają. Nie ma ani informacji o losach Krzysztofa, ani pieniędzy. Dziennikarz przed prokuratorem tłumaczy, że wszystkie pieniądze przekazał swoim informatorom.
Jedną z pobocznych wersji śledczych, tłumaczących dlaczego porwanie Krzysztofa Olewnika trwało tak długo, była wersja mówiąca o tym, że na długiej nieobecności Krzysztofa zależało różnej maści pośrednim i bezpośrednim oszustom, którzy za rzekomą pomoc wyciągali pieniądze od rodziny. Dopóki Krzysztofa nie było w domu, Włodzimierz Olewnik płacił każdemu, kto potrafił jakoś uwiarygodnić, że coś wie o losach jego syna i może pomóc w jego odzyskaniu.
Fragment książki Roberta Sochy "Nie chodziło o okup. Kulisy porwania Krzysztofa Olewnika", Wydawnictwo Nowy Świat.
W księgarniach od: 6 X 2010.
Następny odcinek - jutro o 16:00.
Komentarze
Pokaż komentarze