Wielość sprzecznych opinii i spojrzeń na kryzys w PiS jest czymś naturalnym. Ja stawiam hipotezę, że J. Kaczyński po przegranej w wyborach postanowił odchudzić partię, pozbyć się ludzi niepewnych, aby pozostać w prawicowej niszy z najwierniejszymi.
Prezes zapewne kombinował mniej więcej tak: „Na wygraną w wyborach parlamentarnych PiS nie ma większych szans, więc po co mi taka duża partia, zaostrzę kurs i zobaczę kto jest ze mną, a kto protestuje. Protestujących wyrzucę. Partia będzie mała, ale zwarta i będę mógł do emerytury nią kierować. Nikt mi w niej nie zagrozi. Zawsze znajdę poparcie, choćby 10%, żeby wejść do Sejmu.”
J. Kaczyński zrobił wszystko, żeby niezadowoleni się ujawnili: atakuje wszystkich dookoła, "liberałów” w partii demonstracyjnie odsunął, prowadzi pozornie szaleńczą politykę. Przewidział takie zachowanie, jakie manifestuje europoseł ze Śląska. Kto poprze protest albo nie dość ochoczo go potępi, ten zostanie wyrzucony albo sam odejdzie. I PiS znowu będzie tylko Prezesa. Najważniejsze, żeby nikt z partii nie zagrażał wodzowi. Czy ta kalkulacja się sprawdzi – to się okaże.
Buntownicy znajdą się w niepewnym położeniu, będą musieli założyć nową partię – to ryzykowne, albo przyłączyć się do istniejącej. A nie ma chyba takiej, do której bez wstydu mogliby się przyłączyć. Nowa partia może odniesie sukces, a może nie, tego dziś nikt nie jest w stanie przewidzieć. Przykład Polski Plus nie jest zachęcający.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)