Jeśli chcieć to móc, to nie móc, po raz kolejny, powinno chyba znaczyć "nie chcieć", prawda?
Ocena wartości polityka nie powinna być na dłuższy okres czasu oderwana od skuteczności jego polityki. W Polsce jednak może. Jarosław Kaczyński zdobył w polskiej polityce prominentną pozycję, a szefostwo swojej partii utrzymuje wbrew kolejnym klęskom wyborczym. I wszystko wskazuje na to, że utrzyma je nadal. W demokracji parlamentarnej, tak jak w ekonomii wolny rynek, życie powinno samo weryfikować wartość pewnych propozycji politycznych.
I z pewnego punktu widzenia ta weryfikacja dokonała się właśnie w czasie ostatnich wyborów. Spośród 47% społeczeństwa z hakiem, 39% postawiło na PO. Naród przemówił. A jednak po stronie zwolenników PiS-u zabrakło mi godnego pogodzenia się z przegraną. Zamiast tego rozległy się głosy zarzucające wygranym zwycięstwo w jakiś tam sposób ułomne, na granicy uczciwości, czy wręcz legalności.
Zamiast głosu zawodu, szybko uzupełnionego wezwaniem do introspekcji, do analizy przyczyn niepowodzenia, do zmian wewnątrzpartyjnych, z szeregów i ze szczytów, słychać kontestacje, że Platforma wygrała, bo ma media, bo popierały ją ważne telewizje, bo wyborcy są głupi… różne tam takie niemądre i nieeleganckie wypowiedzi. Aż by chciało się powiedzieć złośliwie, że PiS, ani wygrać nie potrafi, ani przegrać.
Bardzo mnie to niepokoi. Zdaje się bowiem sygnalizować głęboko ukryty, być może nawet przed nimi samymi, brak przywiązania do zasad demokratycznych. W tym zawodzeniu na brak fair play ze strony PO, bo śmiało mieć sprzyjające im media, słyszę echa tęsknoty do jakiś rozdzielników, parytetów, urawniłowki, echa tęsknoty do zerwania z wiarą w wolny rynek idei.
Z innego więc punktu widzenia, przynajmniej część polskiego społeczeństwa nie życzy sobie tej wolnorynkowej weryfikacji. Nie w pełni wierzą w demokrację, w wolny rynek idei, w konieczność konkurowania z innymi punktami widzenia. Nie wierzy w zasadę: chcieć to móc. Ten odsetek będzie oczywiście z upływem czasu malał. Z jednej strony nieubłagane prawa demografii, z drugiej, wysiłek edukacyjny systematycznie zmniejszają grupę ludzi, którzy boją się konkurencji i nie ufają swym bliźnim, że ci, z należytym szacunkiem i współczuciem, zajmą się tymi, którzy nie nadąrzają za resztą ( a mieć ich będziemy zawsze pomiędzy nami ).
Czy mądrym jest tedy opierać istnienie partii na takiej swego rodzaju aberracji? Niedoskonałości? Elektorat tak pomyślanej formacji politycznej z natury rzeczy musi się kurczyć. Żeby nie ponieść konsekwencji tego procesu, politycy takiej partii musieliby sztucznie rozszerzać grupę ludzi wystraszonych, nieufnych, tęskniących za "dobrym carem", ludzi o postawie roszczeniowej do państwa i wobec bliźnich.
To wydaje się być jedną z pułapek w jakie wpadł PiS. Szczera troska o bliźniego, jeśli nie jest dobrze przemyślana, może wynaturzyć się również i w taki sposób. Politycy nie są "rodzicami", społeczeństwo to nie dzieci.
Dziś już nie sposób o kontynuowanie naiwnej wiary, że pewne racje polityczne same z siebie są tak tej racji pełne, że są w stanie obronić się same, bez uciekania się do jakiś tam sztuczek, jak na przykład próby dotarcia z nimi do wyborców. Ta gołym okiem widoczna nonszalancja, brak troski o image, niechęć do jego kształtowania kulawią wysiłek wyborczy PiS-u skuteczniej niż ataki oponentów politycznych. Dlaczego jest więc kontynuowana? Kto narzuca PiS-owi tę dziwną postawę? Tą staroświeckość? Czy aby nie prezes? Choć pewnie nie tylko.
Wydaje się być coś głęboko niesłusznego w postawie, która charakteryzuje się ogromnie silną potrzebą uprawiania polityki, przy jednoczesnej niechęci, żeby nie powiedzieć pogardzie, dla rzemieślniczej strony warsztatu polityka. A taką właśnie postawę przyjął prezes Kaczyński.
Ten anachronizm postawy prezesa nie wydarza się tylko jemu. Bardzo znanym przykładem z historii jest słynna debata telewizyjna Nixona z Kennedym, którą ten drugi wygrał bez trudu, bo na czas zrozumiał potencjał TV i bez oporów podporządkował się wymogom tego medium. Gdy tymczasem Nixon okazał tak głęboki wstręt do "aktorskich sztuczek", że nawet nie pozwolił sobie upudrować twarzy, znaczonej u niego bardzo gęstym i ciemnym zarostem. W rezultacie bezlitosna kamera telewizyjna ukazała z całą wyrazistością siną, dolną połowę jego twarzy, malując mu gębę "typa spod ciemnej gwiazdy" w czasie debaty. Tą debatą Nixon przegrał swój wyścig do Białego Domu.
Jarosław Kaczyński prowadzi swoją partię od wyborów do wyborów i konsekwentnie ponosi kolejne klęski. Czy więc zasada, że chcieć to móc, nie zawsze obowiązuje? Obecna ordynacja wyborcza skutecznie zabetonowała scenę polityczną w Polsce. Finansowanie partii politycznych z budżetu państwa stwarzyło sposobność do istnienia partii politycznej, która może urządzić swoją permanentną egzystencję na opozycyjnym skrzydle sceny politycznej i to w mierę wygodnie. I być może o to właśnie chodzi prezesowi PiS-u.
Moim zdaniem zasada "chcieć to móc" dalej zachowuje swoją ważność, bo czemuż niby miałaby ją tracić w zetknięciu z PiS-em? Za to obserwacja poczynań szefa tej partii wiedzie mnie do konkluzji: nie może wygrać, bo nie chce.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)