Jutro pierwszy dzień Chanuki. Trzy dni później Wigilia Bożego Narodzenia. W 1938, ostatnim roku pokoju, ośmiodniowy festiwal chanukowych świateł, też nałożył się na święta Bożego Narodzenia. To nie zdarza się zbyt często. Fakt zbieżności w czasie tych świąt, sam w sobie oczywiście nic nie znaczy. Wpołączeniu z dramatycznie przyspieszającymi wydarzeniami na świecie, podnoszącymi temeperaturę tego grudnia, prawie do punktu wrzenia, wywołuje ciarki na niejednym grzbiecie.
Sekretarz Obrony w rządzie USA, Leon Panetta, oświadczył dziś niespodziewanie, i w sprzeczności z dotyczczasowym stanowiskiem Administracji amerykańskiej, że Iran dzielą zaledwie miesiące od zmontowania jego pierwszej bomby atomowej. Podkreślił, że tak dla USA, jak i dla Izraela, jest to w najwyższym stopniu alarmujące i stanowi nieprzekraczalną granicę, poza którą USA musi zareagować. “Jeśli będziemy musieli się za to zabrać, zrobimy to”. Powiedział krótko i z determinacją. Warto przypomnieć, że jeszcze na początku grudnia, zaledwie 10 dni temu, Panetta ostrzegał Izrael, że jakakolwiek akcja militarna wymierzona w irański program nuklearny opóźni go zaledwie o rok, lub dwa, a za to z całą pewnością kompletnie zdewastuje gospodarkę światową. Wtedy, 10 dni temu, za nieprzekraczalną granicę uznał nie irańską bombę, a zakłócenie swobodnego przepływu ropy z regionu Zatoki Perskiej, którym zagroził Iran, zapowiadając, że zamknie cieśninę Ormuz w odwecie za atak na swoje instalacje nuklearne.
Ta dość dramatyczna zmiana oficjalnego stanowiska Ameryki zdaje się wskazywać na nowe i bardziej alarmujące niż się spodziewano, informacje zdobyte przez amerykański wywiad na temat postępów irańskiego wyścigu po bombę A. Jest też chyba reakcją na nagłą śmierć koreańskiego dyktatora Kim Dzong Ila. Spodziewana walka o władzę, która na dobre rozpocznie się po pogrzebie, 28-ego grudnia, otworzy okres niepewności i strachu o przyszłość koreańskiego półwyspu. W trudnych do uniknięcia zmaganiach o sukcesję po Dzong Il’u, nic nie jest pewne i niczego nie da się wykluczyć. Nawet przyspieszonego transferu nuklearnego know how przez Pionyang do Teheranu. Ze wszystkimi konsekwencjami takiego kroku.
Ta dramatyczna komplikacja, zdawałoby się już i tak dostatecznie skomplikowanej sytuacji na Bliskim Wschodzie sprawia, że niczego nie da się dziś przewidzieć poza kłopotami. Bardzo poważnymi kłopotami. Gorąca wiara w dobre intencje Chin w tej sytuacji, pozwala lżej znosić budzący się lęk o przyszłość pokoju, nie tylko na BW, ale pokoju światowego. Ale czy ta wiara jest czymkolwiek uzasadniona? Czy Chiny nie skorzystają z nadarzającej się okazji? Jeśli są gotowe, na pewno skorzystają. Pytanie czy są? Chyba jeszcze nie. A co zrobi Rosja? Angażując się po stronie Iranu, Syrii, przeciw USA i Izraelowi, zdaje się zapowiadać swoje przyszłe akcje w nadchodzącym konflikcie, ale przecież nie jest do pomyślenia sojusz Chino-Ruski, prawda? No dobrze, a rosyjsko-amerykański? Istnieje dla takiego sojuszu precedens. Jakże niezwykle ważne dla losów świata będą nadchodzące w 2012 roku, wybory na prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Życzę nam wszystkim, by wszelkie podobieństwa pomiędzy rokiem 1938, a obecnym, były jedynie przypadkowe i nic nie znaczyły.
Wesołych Świąt. Jest tylko jeden Bóg. A jest nim Bóg Izraela, Bóg Abrahama, Izaka, Jakuba. Szczęśliwych Świąt.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)