88 obserwujących
541 notek
588k odsłon
224 odsłony

Niklas: Wielki Brat i wielu mniejszych braci

Wykop Skomentuj

Jędrzej NiklasZ Jędrzejem Niklasem z Fundacji Panoptykon o specyfice współczesnej Sieci rozmawia Krzysztof Wołodźko.

W ostatnim czasie sporo mówi się o inwigilacji obywateli przez Wielkiego Brata. Wywołało to dyskusje dotyczące naszej prywatności i jej ochrony. Na temat społecznych, obywatelskich, gospodarczych i prawnych następstw zachodzącej rewolucji cyfrowej oraz konsekwencji rozprzestrzeniania się internetowych form komunikacji dla naszego życia publicznego i prywatnego rozmawiamy z Jędrzejem Niklasem, prawnikiem, członkiem zespołu Fundacji Panoptykon.

***

Czy możemy w ogóle mówić o wolności w Internecie? Co wyznacza jej granice i charakter?

Jędrzej Niklas:Rozpowszechnione jest przekonanie o Internecie jako strefie anonimowej, gdzie równocześnie nikt nas nie kontroluje, gdzie jesteśmy zupełnie swobodni, choćby w wymiarze wzajemnej komunikacji. Trzeba jednak pamiętać, że u swych źródeł Internet miał służyć celom czysto militarnym, bardzo utylitarnym. Nie była to sfera skonstruowana z myślą o tym, żeby jej użytkownik mógł zachować anonimowość – to tylko częste wrażenie coraz bardziej masowych użytkowników. Jest regułą, że zarówno firmy komercyjne, jak i państwa korzystają z sieciowych zasobów danych, ze śladów, które zostawiamy w Internecie, i w ten sposób osiągają własne cele, udoskonalając metody kontroli przepływu informacji.

Gdzie szukać źródeł tego zjawiska?

J. N.:W wymiarze merkantylnym podstawowa przyczyna to pieniądze, które można zarobić w Sieci. To ogromny rynek. Wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej, Viviane Reding, odpowiedzialna również za kwestie ochrony danych osobowych, stwierdziła, że te dane wycenia się na 315 miliardów dolarów. Na globalnym rynku, z jakim mamy dziś do czynienia, informacje cyfrowe stały się czymś w rodzaju ropy naftowej.

Używane jest określenie „cyfrowy kapitalizm”.

J. N.:Wprost wskazuje ono na to, że motorem napędowym wielu procesów gospodarczych stała się informacja. Jest atrakcyjna finansowo dla firm. Można zapytać, czy odpowiada to nam jako obywatelom i konsumentom. I od razu pojawia się kwestia społecznej i indywidualnej świadomości procesów zachodzących w Sieci.

Z reguły mówimy, że to wielkie korporacje wykorzystują cyfrowy kapitał. W rzeczywistości podmioty zaangażowane w „rynek Sieci” działają na każdym szczeblu. Skupię się jednak na dużych firmach, które kontrolują do 80 proc. globalnego rynku. To m.in. Microsoft, Google, Amazon, w mniejszym stopniu Facebook. Są to właściwie monopole, z którymi bardzo trudno konkurować. Istotne jest również amerykańskie pochodzenie tych korporacji, które wiąże się też z faktem, że Internet powstał w Stanach Zjednoczonych. Spora część jego infrastruktury jest nadzorowana przez organizację ICANN (Internet Corporation for Assigned Names and Numbers – Internetowa Korporacja ds. Nadawania Nazw i Numerów), która niby jest niezależna, ale podlega Departamentowi Handlu Stanów Zjednoczonych. To także pokazuje, że Internet jest amerykocentryczny.

Panuje dość powszechna opinia, że zaletą Sieci jest np. darmowość wielu usług, np. bezpłatny dostęp do poczty elektronicznej. Naprawdę nic za to nie płacimy?

J. N.:To iluzja. Użytkownicy Sieci płacą swoimi danymi, informacjami, które nierzadko krążą w obiegu marketingowym poza jakąkolwiek społeczną/obywatelską kontrolą, są przekazywane innym podmiotom. Podam pewien przykład. W trakcie ostatniej kampanii przed wyborami na prezydenta USA sztaby wyborczy skupowały informacje od Amazonu itp. graczy, tworząc sprofilowane mini-kampanie, skierowane już do konkretnych wyborców. W ten sposób jesteśmy „wyławiani” z tego pozornie anonimowego oceanu Sieci.

W jaki sposób, z pomocą jakich narzędzi dokonuje się ten proces?

J.N.:Kluczem będzie profilowanie, czyli kategoryzowanie osób według różnych cech, i tworzenie na podstawie tych – czasami nieskorelowanych – informacji pewnych założeń na temat stworzonych „segmentów konsumenckich”. Jeśli badania rynku wskazują, że np. osoby płci żeńskiej w wieku od 16 do 19 lat, zamieszkałe w większych miastach, wybierają odzież marki „X”, to wiadomo, że każda kolejna osoba spełniająca te kryteria stanie się jeszcze jednym celem marketingowym. I będą wysyłane jej reklamy tej właśnie marki. Tego typu reklamy mają rzekomo odpowiadać na nasze potrzeby. Pytanie brzmi jednak: czy chcemy w ogóle być wtłaczani w takie kategoryzacje, które mają odzwierciedlać nasze preferencje, a równocześnie je determinować? Kryje się tu również ogromne pole do manipulacji, do kreowania potrzeb.

Z drugiej strony kulturowo tego typu narzędzia mogą służyć do wykluczania właściwie całych podgrup społecznych. Tutaj sprawa jest poważniejsza niż reklama dżinsów czy butów. Profilowanie treści może powodować, że np. mieszkańcy wsi nie będą otrzymywali pewnych ofert edukacyjnych, gdyż sytuują się poniżej jakiegoś pułapu wyznaczonego marketingowo. Ponadto tak postrzegane profilowanie to również narzędzie dyskryminacji ze względu na płeć, rasę, orientację seksualną i wiele innych cech czy postaw. Ten ostatni przykład jest o tyle interesujący, że już dziś spotykamy się z reklamą sieciową skierowaną do mniejszości seksualnych. Ale tu pojawia się pytanie, czy chcemy, żeby reklamodawcy zbierali o nas tego rodzaju dane. W efekcie Internet stwarza zupełnie nowe ryzyka dyskryminacyjne.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale