Zanim zajmę się problemem poruszonym przez Redaktora Warzechę chciałbym zająć się (pozornie) innym problemem: Problemem poruszonym niedawno przez media (Polskie Radio) a mianowicie bezpieczeństwem ruchu na polskich drogach. Statystyki są bezlitosne: Polska jest w europejskim ogonie jeśli chodzi o ilość wypadków drogowych i ilość ofiar śmiertelnych tych wypadków. Okazuje się, że nie pomagają ani ograniczenia prędkości, ani mnożące się jak muchy na łajnie fotoradary, ani funkcjonariusze z suszarami w krzakach, ani lipne, wycięte z blachy radiowozy przy drogach ani lotne patrole w nieoznakowanych radiowozach. Psu na budę zdaje się także obowiązek zapinania pasów i jazdy w dzień na krótkich światłach - liczba wypadków nie chce zmaleć.
Dlaczego tak jest?
Ano z bardzo prostej przyczyny: W Polsce praktycznie nie ma dróg. Te które są wyglądają tak jak wyglądają, wiele z nich pamięta jeszcze czasy Sanacji / Hitlera, są wąskie, w dużej części nierówne i dziurawe. Taki stan infrastruktury drogowej to kolejny garb po 45 latach komunizmu i 19 postkomunizmu - za realsocu dróg nie budowano bo nie było dla kogo - limuzyny marki GAZ mieli partyjni dygnitarze, "cziornymi woronami" jeździła bezpieka poza tym milicyjne Nyski i duże Fiaty, trochę ciężarówek, trochę ziejących spalinami do wnętrza Autosanów PKS, w miastach taksówki i komunikacja miejska dla hołoty - po co więcej? Zwłaszcza przy "przejściowych" problemach z benzyną / ropą? Maluch - samochód dla Kowalskiego? Nie dla każdego - także i cud techniki zaimportowany z Włoch do tyskiej FSM kosztowal słone pieniądze - o ile miało się nań talon.
Po co było zatem budować drogi? Komu?
Ważniejsze były tory - aby sowieckie czołgi dla 3 Armii Uderzeniowej w NRD mogły sprawnie dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Ważniejsze były szpitale - aby Polska mogła stać się szpitalem polowym dla rannych w operacji wyzwalania Europy.
Po roku 1989, gdy ilość samochodów w Polsce zaczęła gwałtownie rosnąć, popeerelowskie dukty raptem zaczęły pękać w szwach. Władza wpadła w panikę - napływ samochodów do Polski był tak szybki, że aby nie nastąpił całkowity paraliż komunikacyjny zaczęto wprowadzać ograniczenia w imporcie samochodów tłumacząc to "zlym stanem technicznym sprowadzanych aut". Fakt, wiele ze sprowadzonych samochodów wjeżdżało do Polski na lawetach, wiele z nich w ogóle w chwili wjazdu nie przypominało samochodu ale przybywały i po pierwsze - robiły tłok na drogach a po drugie i równie istotne - dziesięcioletnie Audi, nawet odwinięte z drzewa było i tak o niebo lepsze od tłuczonych w FSO ekologicznych "kredensach" i "poldkach" które po dwóch latach ulegały biodegradacji a przy tym nieporównanie tańsze. Kolejne pokomunistyczne rządy wykazały się iście Robespierowską postawą - jak pamiętamy Robespierre najpierw przyprawił francuską arystokrację o poważny ból głowy a następnie leczył ich przy użyciu gilotyn.
Czy w świetle powyższego dziwią wysokie statystyki wypadków i ich ofiar?
Absolutnie nie. Zwłaszcza jeśli do ubogiej ilościowo infrastruktury dodamy, że jest ona fatalna także jakościowo. To też wina robespieryzmu władz, które na dziury w jezdni, koleiny czy inne niespodzianki drogowe znają tylko jeden sposób: Postawić ograniczenie prędkości. Przekonali się o tym na własnej skórze Maciej Zientarski i jego pasażer którzy zawierzyli producentowi samochodu - najwyraźniej nie znającego się na motoryzacji a nie wszechwiedzącym politykom którzy lepiej od konstruktorów Ferrari wiedzą z jaką prędkością można jeździć Ferrari. Bo powiedzmy sobie szczerze i otwarcie: Uskoku na którym wypadł z Puławskiej Zientarski NIE MIAŁO PRAWA BYĆ bez względu na to, z jaką prędkością jechano.
Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze fakt, iż gdy ja zdawałem na kursach prawa jazdy uczyło się kursantów robienia placu manewrowego "na chorągiewki w okienku" (cofasz, jak Ci chorągiewka wejdzie w róg dajesz pół obrotu kierownicą, pamiętaj, pół!) i trasy egzaminu na mieście na pamięć (przed tym zakrętem egzaminator każe ci skręcić w lewo to pamiętaj: Tu jest zakaz w lewo). A egzaminatorzy w ogóle nie jechali z egzaminowanymi na miasto bo po zmierzeniu linijką odległości kół od linii po zaparkowaniu nie było takiej potrzeby a z kolei jak się dało to się zdało - bez względu na to jak się jeździło...
Zajmijmy się teraz komunikacyjnymi problemami Warszawy.
W chwili obecnej Warszawa jest sypialnią dla około trzech milionów dusz. Można szacować, że daje to około miliona samochodów. Wiele osób mieszka poza Warszawą dzień w dzień dojeżdżając z miejsc zamieszkania (Janki, Pruszków, Piastów, Łomianki, Otwock, Legionowo etc). Dojeżdżając samochodem od strony Pruszkowa i pracując dajmy na to na Bielanach mamy dwie opcje: Albo przebijać się Alejami Jerozolimskimi do Dworca Zachodniego i tam skręcać w lewo w Trasę AK albo przebijać się opłotkami na Babice i wjeżdżać do Warszawy np od strony Truskawia. Diabli wiedzą co gorsze - kto jeździł przez Babice, Klaudyn i Radiowo (Estrady, Arkuszowa) ten wie o czym mówię. Poruszanie się w centrum nie stanowi jeszcze wielkiego problemu - najgorzej jest na wylotówkach - Pułkowa, Radzymińska, Czecha, Al. Jerozolimskie, Al. Krakowska). Kto ciekaw niech pojedzie sobie na Okęcie (byle nie samochodem) w piątkowe popołudnie, tak około 17 i niech zobaczy co się dzieje gdy Warszawa jedzie do domu. Plus tranzyt który powinien omijać Warszawę obwodnicą, której także nie ma - bo w ogóle infrastruktura komunikacyjna miasta od tej z czerwca 1989 różni się bardzo niewiele.
Nie jest wesoło.
A gdy ewentualnie ruszy budowa metra wschód - zachód będzie jeszcze gorzej, na co zwrócił uwagę Łukasz Warzecha ale w obecnej sytuacji jest to konieczne. To, i wiele innych inwestycji. Ja się zgadzam że Warszawa stanie, że problemy komunikacyjne spowodują, że do pracy będzie się dojeżdżało dwa razy dłużej, że będzie paraliż ale sytuacja obecna nie wzięła się znikąd. Jest ona zsumowaną konsekwencją zaniedbań kolejnych ekip od samego 1944 roku. Komunikacyjnego raka Warszawy już się nie da wyleczyć metodą nieinwazyjną, za późno na farmakologię, trzeba ciąć. I to trzeba ciąć już bo im dłużej będziemy z tym zwlekali tym będzie gorzej - zarówno jeśli chodzi o statystyki wypadków jak i czasy dojazdów. Mówi się, że w Warszawie jeździ się po chamsku, niekulturalnie, że Warszawiacy to piraci drogowi. Oczywiście. Bo Warszawiacy są najbardziej zestresowani i sfrustrowani, wiecznie w biegu, wiecznie spóźnieni. Wsiadają w samochody i jadą z pilną sprawą w korku 2 kilometry przez 40 minut. Szefa to nie obchodzi, ma być zrobione na czas. Zmiana pracy niewiele zmieni bo nowy szef też będzie wymagał. Jest źle, boimy się co będzie, gdy będzie gorzej a będzie coraz gorzej. I musimy wybrać co wolimy - czy wolimy aby było z roku na rok coraz gorzej czy zgadzamy się, aby przez dwa czy trzy lata było źle aby później mogło być lepiej. Ja chcę, aby budowano. Obwodnice, metro, linie Szybkiej Kolei Miejskiej, szybkie trasy na estakadach. Wolę stać w korkach z powodu budów niż z powodu ich braku dlatego pomimo pogardy jaką darzę PO będę popierał ich każde konstruktywne posunięcie. Gorsza sprawa, że nie wierzę aby za rządów HGW do jakichkolwiek znaczących inwestycji (tj. większych niż skrzyżowanie czy rondo) w Warszawie doszło. Wywodzę to z faktu, że swoje plany w kampanii wyboczej prezydent Warszawy rozpisała na trzy kadencje co stawia jej intencje pod poważnym znakiem zapytania - pachnie wykrętem za niezrealizowane zapowiedzi, całkiem jak PiS-owskie trzy miliony mieszkań w osiem lat. I o ile mieszkania to był farmazon czystej wody bo budowa mieszkań nie leży w gestii władzy to już budowa dróg jak najbardziej tak.
I oby one powstawały. W co jak napisałem wyżej zbytnio nie liczę - demokracja, wizerunek. Do z wolna pogarszającej się sytuacji ludzie będą się przystosowywali, gwałtownego pogorszenia sytuacji nie mogą nie zauważyć - a co za tym idzie docenić przy okazji wyborów. Całkiem jak żaba we wrzątku - wrzucona do wrzątku wyskoczy, umieszczona w zimnej wodzie i podgrzewana grzecznie da się ugotować. Więc trzeba te żaby gotować powolutku. Żeby nie wyskoczyły z inicjatywą...
Z dwojga złego wolę Apokalipsę Warzechy niż moją.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)