ez. ez.
341
BLOG

Sałatka medialna 2014

ez. ez. Rozmaitości Obserwuj notkę 9

O tym, że państwo polskie istnieje teoretycznie wiem od dawna i nie potrzebowałem potwierdzenia tego faktu przez byłego ministra. Kiedy sobie to uświadomiłem? Pewnie po katastrofie smoleńskiej i teatrze absurdu w wykonaniu polskich władz, który miał przykryć z jednej strony ich tchórzostwo i niekompetencję a z drugiej przedstawić Rosjan, ordynarnie niszczących dowody rzeczowe, w jak najlepszym świetle, na zasadzie „współpraca z naszym sąsiadem układa się doskonale, przynajmniej na metr w głąb jak nie więcej”.

W 2010 roku pospadało wiele masek ukazując prawdziwe oblicze naszych władz: cynicznych, bojaźliwych, załganych, małostkowych i najzwyczajniej w świecie głupich karierowiczów dbających wyłącznie o swoje dobre samopoczucie i tzw. „prestiż na arenie międzynarodowej”. Nie chodziło im jednak o prestiż jakim cieszą się politycy stawiający na pierwszym planie interesy swoich rodaków ale o „prestiż” Dody Elektrody, która zaświeci pupą na życzenie tego, kto da więcej. W przypadku Donalda Tuska, najwięcej dawała Angela Merkel.

Rządzący Polską mogli żyć w przekonaniu, że „coś znaczą” tylko przy udziale wiodących mediów, głównych winowajców obecnego, opłakanego stanu naszej pożal się Boże demokracji. I jeśli dzisiaj jedna z największych rozgłośni radiowych w Polsce ogłasza, że wpierdzielanie kanapki na sali sejmowej jest jedną z 6 największych afer mijającego roku, to mnie to wcale nie dziwi. Od czterech już lat takie rzeczy nie dziwią mnie w najmniejszym nawet stopniu. Mimo tego, że kilka miesięcy temu słyszeliśmy o największej aferze korupcyjnej III RP w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, mimo tego, że polskie władze sprowadziły na nasze tory pociąg do nich nieprzystosowany, mimo wciąż nieukończonej budowy gazoportu, dla dziennikarzy Radia Zet to sałatka posłanki Pawłowicz stała się na tyle ekscytującym wydarzeniem, że nie tylko zasłużyła na miano afery ale nawet jednej z największych afer.

Czemu mnie to nie dziwi? Ponieważ w teoretycznym państwie nie ma miejsca na afery prawdziwe. One istnieją tylko w państwach poważnych, demokratycznych, gdzie ludzie mediów nie kur…, przepraszam, nie puszczają się z przedstawicielami władz za garść złotych monet. Gdzie dziennikarze starają się przynajmniej patrzeć władzy na ręce, co zawsze jest zadaniem trudnym, bo władza ma wszelkie możliwe narzędzia aby ukryć swoje machlojki. W Polsce albo media skapitulowały przed omnipotencją polskiego rządu, co w świetle problemów z ewakuacją 200 polskich obywateli z Donbasu brzmi jak dobry dowcip albo uznały, że rolą mediów jest wypinanie obu piersi do przyjmowania orderów od Pana Prezydenta. Cud boski, że Bronisław Komorowski, mając tak poważne problemy z pamięcią, nie przypina im tych medalionów w inne części ciała.

„Hola, hola” – ktoś zawoła. „Przecież jednak te krytyczne informacje przedostają się do opinii publicznej”. Tak, jeszcze się przedostają. Jednak w ciągu mijającego roku mieliśmy chamski napad służb państwowych na redakcję jednego z tygodników, tylko dlatego, że ten obnażył żenujące oblicze polskiego rządu a także przetrzymanie na dołku dziennikarzy, którzy relacjonowali okupację Państwowej Komisji Wyborczej. Dwa razy w ciągu roku ludzie, którzy swój zawód wykonywali rzetelnie stali się ofiarami aparatu państwowego. Pewnie, w końcu Tomasza Gzella i Jana Pawlickiego z aresztu wypuszczono nie przedstawiając im żadnych zarzutów ale jeśli dla kogoś ta sprawa nie miała znamion zastraszania, to powinien się zastanowić, parafrazując słowa byłego premiera, jakim alfabetem opisuje sobie rzeczywistość.

Czy w przyszłym roku może być gorzej? Niestety, prawdopodobnie będzie o wiele gorzej, biorąc pod uwagę dwie kampanie wyborcze, znowu dziennikarze będą tropić grzechy opozycji (a który tam w tym PiSie rąk nie myje po skorzystaniu z toalety?), władzy zaś bronić będą jak oblężonej twierdzy. Oblężonej przez kelnerów, pogodę i „szczujnię”. 

ez.
O mnie ez.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Rozmaitości