Zwolennicy aborcji wierzą w niepokalane poczęcie. Przynajmniej w Ameryce, bo jak inaczej wytłumaczyć stanowisko prezydenta Obamy, który w oświadczeniu napisanym po przyjęciu przez Izbę Reprezentantów ustawy o zakazie finansowania aborcji ze środków federalnych, stwierdził, że „sprzeciwia się przepisom, które niepotrzebnie ograniczają wolność kobiet w podejmowaniu decyzji o posiadaniu dzieci”.
Wydaje mi się, że nauka dosyć precyzyjnie określa jakie muszą zajść okoliczności aby znaleźć się w stanie błogosławionym. Tymczasem ze słów prezydenta USA wynika, że ciąża spada na kobietę nagle, i odbywa się to poza jej świadomością. Innymi słowy: cud! Skoro nie było decyzji o zbliżeniu intymnym z mężczyzną, co wciąż w niektórych krajach jest najpopularniejszą metodą zachodzenia w ciążę, to prawo amerykańskie musi zapewnić tamtejszym kobietom wybór, czy mają urodzić, czy nie.
Idiotyzm po amerykańsku, który może istnieć tylko dlatego, że prawo dopuszczające aborcję opiera się na dwóch kłamstwach:
- Definicja początku życia to sprawa religijna
- Aborcja realizuje prawo kobiet do decydowania, czy chce mieć dzieci
Jako ateista uważam, że początek życia to nie jest w żadnej mierze sprawa religijna. Każdy człowiek był najpierw zygotą i jest to fakt naukowy. Usunięcie zygoty to zabicie człowieka we wstępnej fazie rozwoju. Ten pogląd nie ma żadnego związku z jakąkolwiek religią. Może i zygota nie odczuwa, że jest zabijana ale gdyby brak bólu uznać za argument przemawiający za aborcją, to musielibyśmy dojść do wniosku, że zabicie człowieka znajdującego się pod narkozą, to nic złego, bo on też nic nie czuje. Dopuszczanie do aborcji to niszczenie życia. Nie w imię wyboru ale zwykłej wygody.
Jak to bowiem bywa nader często, pod pięknymi hasłami, kryją się bardzo niskie pobudki. I tak aborcja przedstawiana jest jako prawo do wolności, mimo, że jej dopuszczanie jest po prostu wynikiem nieopanowania w sferze seksualnej. Żyjemy w świecie, w którym seks i ciąża są przedstawiane jako tematy z zupełnie innych bajek. Jedno z drugim ma nie mieć nic wspólnego, bo tylko wtedy można zastosować argumentację: „zaszłam w ciąże, nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie a przecież nie chciałam”. Maszynka ideologiczna od lat stara się zanegować podstawową prawdę naukową: narządy rozrodcze kobiet i mężczyzn służą do rozrodu. Reszta jest uzupełnieniem. Przyjemnym ale tylko uzupełnieniem. Życie płciowe sprowadzające się wyłącznie do „robienia sobie dobrze” bez perspektywy posiadania potomstwa, to po prostu wyrafinowana forma masturbacji i wynik zaburzeń w rozwoju psychoseksualnym.
Innymi słowy gdy kobieta decyduje się na współżycie z mężczyzną, to bierze na siebie odpowiedzialność za to, co może być efektem tego działania. A może być nim nowe życie. Prawo do decydowania o sobie kończy się tam gdzie w grę wchodzi istnienie innego życia.
Co jest większą wartością? Życie czy wolność? Amerykanom życzę aby zweryfikowali swoje poglądy w tym temacie.


Komentarze
Pokaż komentarze (72)