Polski feminizm po upadku komunizmu nigdy nie grzeszył racjonalnością jednak po hurtowym zaadoptowaniu genderowych sofizmatów stał się swoją własną karykaturą. Posługując się metaforą literacką, rodzime feministki gdy dążą do wyrównywania szans kobiet na rynku pracy są jak dr Jekyll jednak kiedy zaczynają rozprawiać o jednopłciowych związkach partnerskich i „płci kulturowej” przeistaczają się swojego największego wroga, Panią Hyde.
Wyobraźmy sobie sytuację gdy jednego dnia w życie wchodzą dwie ustawy, mocno promowane przez tak sławne przedstawicielki feminizmu w Polsce jak prof. Magdalena Środa, czy Kazimiera Szczuka. Po pierwsze, ustawa o wspomnianym w poprzednim akapicie wyrównywaniu szans na rynku pracy, zakładająca m.in. konieczność przynajmniej 50% reprezentacji kobiet w zarządach spółek oraz ustawa o zmianie płci według której każdy na drodze dobrowolnego oświadczenia może określić się jako mężczyzna albo kobieta. Władze firmy, której zarząd do tej pory składał się wyłącznie z mężczyzn podejmują decyzję, że od jutra połowa członków zarządu i wiceprezes zmieniają płeć, dzięki czemu wilk jest syty i owca cała a przede wszystkim nie zmienia się nic w funkcjonowaniu przedsiębiorstwa. Panowie jak co dzień przychodzą do pracy w garniturach (kto kobiecie zabroni chodzenia w męskich ubraniach?) a w zaciszu domowym żyją w lesbijskim związku ze swoją młodą, seksowną partnerką. Oprócz płci biologicznej i kulturowej powstaje zjawisko płci biznesowej, czyli cynicznych działań kapitalistów rozciągających nad kobietami (w sensie biologicznym) już nie tylko szklany ale żelbetonowy sufit.
Logika wskazuje, że dla feministek zwolennicy teorii gender powinni być największymi wrogami ponieważ kwestionując podziały wynikające z różnic między płciami i rozmywając je w brei płci kulturowej, podważają sens feministycznych postulatów. Postacią symboliczną w tym kontekście jest rzecz jasna Anna Grodzka. Czy po zmianach w prawie opisanych powyżej, byłaby ona traktowana w zarządzie spółki jak kobieta, czy jak mężczyzna? Nie ma, w myśli obecnie obowiązujących standardów poprawności politycznej, żadnego znaczenia, czy osoba taka poddała się operacji płci, czy nie. Co więcej, dociekanie tego, jak wskazuje przykład histerii wywołanej przez artykuł w jednym z tygodników, jest czymś poniżej wszelkich standardów, przynajmniej w opinii środowisk postępowych.
Zakładając, że Anna Grodzka nie jest wyrachowanym graczem politycznym, traktującym swoją seksualność jako narzędzie do zdobywania wpływów i pieniędzy, to przecież nie trudno wyobrazić sobie takiego perfidnego osobnika, dla którego biurokratyczna procedura zmiany płci nie będzie żadną przeszkodą na drodze do uzyskania konkretnych profitów. Kto na tym ucierpi? Rzecz jasna kobiety (biologiczne) a ruch feministyczny, teraz pomstujący na męskich szowinistów dyskryminujących kobiety w życiu społecznym, zyska kolejnego wroga – nowoczesne kobiety niczym nie różniące się od mężczyzn.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)