Rzeczpospolita pisze dzisiaj, ze Beata Pokrzeptowicz-Meyer, niektórym może znana z udziału tutaj w salonie, porwała z ulicy własnego dziecka, dziewięcioletniego Moritza. Jak gazeta pisze, to jest ona ścigana niemieckim listem gończym.
Rzeczpospolita twierdzi, ze
Wszystko wskazuje na to, że zdecydowała się na tę spektakularną akcję, aby wywołać dyskusję o roli Jugendamtów, niemieckich urzędów ds. młodzieży. To one są głównym wrogiem zarówno polskich, jak i innych rodziców, którym odebrały w Niemczech dzieci. Urzędów mających tak ogromne kompetencje, których sugestiami kierują się niemieckie sądy, nie ma w żadnym innym kraju Europy.
Stefan Hambura, rowniez 'blogowicz' w tym salonie, wyjaśnia
Zabranie dziecka w taki sposób jest naruszeniem prawa i nie powinno do niego dojść. Ale świadczy ono o jej desperacji.
Podobny przypadek wydarzył się rok temu w Polsce. Jak można było wtedy poczytać w Gazecie Wyborczej, to
Matką chłopców jest Polka ...Kilka lat temu wyjechała do Włoch. Tam wyszła za mąż za Włocha. ...Kilka tygodni temu matka chłopców postanowiła przyjechać do Polski. Mężowi zostawiła zobowiązanie, że wróci do Włoch do końca lipca. Tymczasem w Polsce złożyła w sądzie pozew o rozwód. Sąd przyznał jej prawo do opieki nad dziećmi do czasu rozstrzygnięcia sprawy rozwodowej. Kiedy na początku sierpnia nie zjawiła we Włoszech, jej mąż wraz z bratem, siostrą i znajomą brata przyjechał do Polski. Ze swoją żoną telefonicznie umówił się w Jarosławiu. ...Kobieta przyszła z chłopcami, jej rodzice zostali w samochodzie. Po krótkiej rozmowie z mężem pani Bernadeta wyszła na chwilę z lodziarni po rodziców. Kiedy wróciła, nie zastała synów i męża.
Niemniej życzę, ze sprawa kończy się szczęśliwie zarówno dla matki Beaty jak i dla synka.


Komentarze
Pokaż komentarze (64)