Tak pisala Rzeczpospolita przed Świętami odnosząc się tym do problemów polskich rodziców z niemieckim urzędem do spraw młodzieży. Jako rzekomy adwokat pokrzywdzonych rodziców pisze gazeta:
Protestują liczne organizacje poszkodowanych rodziców. Jedną z nich założyła Beata Pokrzeptowicz-Meyer, która kilka tygodni temu uprowadziła w Niemczech swojego syna. Wszystko na nic.
To nie pierwszy artykuł gazety na ten temat, i nie pierwszy raz przedstawia problemy takiej kategorii jako zasadniczy - ideologiczny - problem Niemców. Niedawno Piotr Gabryel w blogu Rzeczpospolitej wnioskował:
Nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe. Jak by to brzmiało po niemiecku? Aż strach pomyśleć, co uczyniliby Niemcy, gdyby polskie odpowiedniki (jeśliby istniały) Jugendamtów – niemieckich urzędów od spraw dzieci i młodzieży – traktowały Niemców podobnie bezceremonialnie, jak Jugendamty traktują Polaków, Francuzów, Belgów, Włochów, Brytyjczyków czy Amerykanów.
Az strach pomyśleć, co by było, jeśli Rzeczpospolita byłaby jako opiniotwórcza gazeta jedyna w Polsce.
Nikt nie twierdzi, ze nie ma problemów. Wszędzie na świecie ludzie maja problemy z współmałżonkami, z dziećmi a nawet z urzędami. Ale tak sprawa niemieckich Jugendamtow nie zostanie przedstawiona. Jesli Rzeczpospolita przedstawiałby sprawę szczerze, to musiałaby pisać również o tym, ze polski ojciec nie tylko nie może w Polsce rozmawiać w swoim ojczystym języku ze swoim dzieckiem, ale nie może się zobaczyć nim w ogóle:
Ojciec dziewięcioletniej Ani od sześciu lat nie jest w stanie skłonić byłej żony do tego, żeby zgodnie z wyrokiem sądu umożliwiła mu widywanie córki. Kilka dni temu poskarżył się do Strasburga. Chce, żeby Trybunał nakazał Polsce zmianę prawa.
Rok temu Trybunał rozstrzygnął skargę Henryka Z., który porwał syna, bo inaczej nie mógł się z nim widywać. Za to polski sąd ograniczył mu prawa rodzicielskie. Potem matka wywiozła dziecko za granicę i znikła, bo sąd mimo próśb Henryka Z. nie zakazał wydania dziecku paszportu. Henryk Z. wygrał w Strasburgu, ale syna już nie zobaczy.
Moze Rzeczpospolita powinna była pisać również o tym, ze przed Świętami rodzice walczący o kontakt z dziećmi w Polsce demonstrowali przed domem premiera:
"Dzieci z rodzin podzielonych nadal pragną mieć tatę i mamę. Potrzebują jednakowo obojga rodziców. Na to nie pozwalają urzędnicy - sędziowie mający reprezentować dobro prawa, dobro społeczne. Odbieranie dzieciom jednego z rodziców, ograniczanie praw któregokolwiek rodziców to gwałt zadany dziecku, to proceder sformalizowanego zła" - głosi fragment listu otwartego, odczytanego przez manifestujących.
Wśród pikietujących większość stanowili ojcowie, było też jednak i małżeństwo, którym sąd odebrał prawo do wychowywania trójki dzieci.
Ale jeśli nie opisałaby wydarzeń i kłopotów z niemieckim Jugendamtem z perspektywy wyjątkowości, to nie mogłaby Rzeczpospolita dojść do wniosku, ze w przypadku uprowadzenia dziecka od niemieckiego ojca, nie mamy do czynienia z czynem karalnym, ale z dramatem kobiety i jedyną szansą.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)