Trafnie pisze Wojciech Pięciak w gazecie Rzeczpospolita:
Tu wracamy do osoby Eriki Steinbach i jej poglądów. Jest to temat tylko pozornie opisany już ze wszystkich stron. Przeciwnie: im silniej Steinbach funkcjonuje w Polsce jako ikona (personifikacja „złego Niemca”), tym mniej pisze się o jej poglądach.
Tymczasem, spierając się w minionej dekadzie z Eriką Steinbach, chyba coś przeoczyliśmy. Zabrzmi to może obrazoburczo, ale trudno, trzeba to powiedzieć: Erika Steinbach z roku 2009 nie jest Eriką Steinbach z roku 1998 czy 1990. Nie miejsce tu na szczegółowe analizowanie jej przemiany. Dość powiedzieć, że Steinbach się zmieniła – niezależnie, czy zmiana była efektem własnej refleksji, podpowiedzi mądrych ludzi czy nacisków i dynamiki debaty, do której, zabiegając o swój projekt, musiała się dostosować. Nie wchodząc zatem w szczegóły, powiedzmy tylko, że wydaje się, iż zmiana ta datuje się mniej więcej na rok 2004.
W tamtym roku Polska weszła do Unii. W tym też roku pojawiło się Powiernictwo Pruskie, co zmusiło Steinbach do zajęcia jasnego stanowiska (odcinając się od Powiernictwa, odcięła się ostatecznie od pomysłu wysuwania roszczeń wobec Polski). W tym też roku Steinbach stoczyła procesową walkę z niemiecką dziennikarką Gabrielą Lesser, gdzie po stronie Lesser opowiedziało się kilkadziesiąt osobistości z Polski z różnych obozów i środowisk (co, być może, uświadomiło pani Steinbach, iż eskalacją niewiele zyska, a tylko mnoży sobie wrogów).
W każdym razie w lipcu 2004 r. Steinbach zorganizowała w Berlinie uroczystość z okazji 60. rocznicy Powstania Warszawskiego. Wyszło, jak wyszło: z polskiej strony imprezę zbojkotowano. I choć sama uroczystość była bez zarzutu, a wygłoszone referaty jak najbardziej na miejscu, w Polsce odebrano to raczej jako kolejny afront. Nie dostrzegając, że była to jedyna w tamtym roku w Niemczech uroczystość dotycząca rocznicy powstania warszawskiego.
Dziś Erika Steinbach nie kwestionuje granicy z Polską, nie formułuje roszczeń wobec Polski. Przeprowadziła także reformę wizji historii prezentowaną przez w BdV: to nie jest już ta sama organizacja, której działacze w 1990 r. wygwizdywali kanclerza Kohla, gdy powiedział, że granica na Odrze jest ostateczna. Typ polityka BdV, który musi być dopiero przymuszany do publicznego uznania, że Niemcy zaczęły wojnę – taki gatunek jest na wymarciu.
Nie wszystko w tej wizji musi się dziś podobać, ale trudno nie dostrzec, że działaczom BdV – i szerzej: także ludziom młodszym, mającym związki rodzinne z dawnymi wygnańcami – chodzi obecnie przede wszystkim (pomijając margines, jak Rudi Pawelka) o jedno: o uznanie i upamiętnienie ich cierpień w przestrzeni publicznej.
W ciągu ostatnich lat można więc Erice Steinbach zarzucać mniejsze czy większe lapsusy czy niezręczności, ale nie można zarzucać, że chce relatywizować niemiecką winę. Także dlatego zabieg retoryczny, jakiego używał niedawno premier Donald Tusk – ofensywnie przyznając w wywiadach udzielonych kilku niemieckim mediom, że owszem, Polacy mają obsesję na tle prawdy o II wojnie światowej – trafiał trochę w próżnię.
Pozostaje zarzut, że Erika Steinbach to fałszywa wypędzona. Trafny. Niemniej: czy dyskusja z minionej dekady toczyłaby się w Polsce inaczej, gdyby na miejscu Steinbach w roli szefa BdV znalazł się ktoś z bardziej wiarygodną biografią wygnańca? Pytanie jest o tyle istotne, gdyż byłoby dobrze, abyśmy – zanim zajmiemy stanowisko wobec Niemiec – najpierw powiedzieli sobie w Polsce raz jeszcze, co sądzimy o powojennych wysiedleniach/wypędzeniach. A także, czy i jaką formę ich upamiętnienia jesteśmy w stanie zaakceptować.
Szkoda tylko, ze zarzuca dziennikarzom, którzy dokładnie to skomentowali i wypracowali:
Część niemieckich dziennikarzy i publicystów – tych znających się na sprawach polskich i spełniających wobec niemieckiej opinii rolę multiplikatorów – albo przekazywała swoim odbiorcom nieuczciwy obraz polskich argumentów, albo zadowalała się tłumaczeniem polskich reakcji naszymi narodowymi neurozami, emocjami itd.
Rożnica może tylko w tym, ze niemieccy publicyści pisali o tym, dlaczego może Steinbach coraz silniej funkcjonuje w Polsce jako ikona, a Wojciech Pięciak pozostanie przy opisie symptomów.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)