Smutno patrzeć jak ludzie, którzy razem wzrośli, wzajemnie sobą pogardzają. Zachowanie motłochu (bo inaczej tego nazwać nie można) podczas uroczystości rocznicowych podpisania porozumień sierpniowych było tego dobitnym dowodem. Z resztą nie pierwszym. Miesiąc wcześniej mogliśmy obserwować zachowanie powstańców, którzy wygwizdali Władysława Bartoszewskiego i Donalda Tuska podczas składania kwiatów na warszawskim cmentarzu. Tak jakby oni nie mieli prawa tam być, nie mieli prawa być dumni ze swoich poległych rodaków. W niedzielę to Bogdana Borusewicza i Lecha Wałęsy nie miało prawa tam być, zdaniem sympatyków PiS-u.
Przyzwyczaiłam się już do myśli, że żadna ważna uroczystość w tym kraju nie może się obyć bez skandalu. Nie ważne, czy to będzie pogrzeb polityka, czy to będzie wspomnienie setek pomordowanych, czy to będzie radosne święto zwycięstwa zawsze znajdzie się ktoś kto nie uszanuje ani miejsca, ani chwili. Ktoś nad prochami bohaterów będzie gwizdał, buczał, wyładowywał swoje frustracji. Ktoś będzie w oficjalnych odczytach pomijał ważne nazwiska, albo wyolbrzymiał swoje. Ktoś dzień później, żeby zaognić sytuację nazwie ich bydłem i wyjcami. Ktoś kogoś nie zaprosi, nie odznaczy, nie poklepie po ramieniu. I nikomu nie przyjdzie do głowy, czy ci, których czcimy, ku czci których taka czy inna uroczystość została zorganizowana takiej Polski chcieli? Czy za to umierali, i czy są dziś dumni ze swoich kolegów, ze swoich dzieci, ze swoich polityków, po prostu z Polski o którą walczyli? Jestem ciekawa czy stojąc twarzą w twarz z poległymi żyjący świadkowie tamtych dni mogliby spojrzeć im w oczy z czystym sumieniem? Czy świadkowie tamtych dni przeżyli, żeby dawać takie świadectwo?Prawie nikt nie rozumie sensu obchodów bohaterskich zrywów, bo dla Polaków, którzy tam przychodzą są one okazją do zademonstrowania swoich sympatii i antypatii politycznych. Dla organizatorów z kolei są szansą zdobycia kilku punktów procentowych. A przecież powinny być one wyrazem hołdu dla poległych i idei dla których zginęli, jedności narodowej, porozumienia ponad podziałami. Doskonale wiemy, że całe imperia znikały z map, gdy ich elity traciły z oczu ideę narodową i popadały w wewnętrzne konflikty. Paradoks polega na tym, że czcimy wydarzenia, ważne dla niepodległości ojczyzny, mówiąc językiem, który do upadku tej ojczyzny doprowadził. I to nie jest wina tylko Radia Maryja i Jarosława Kaczyńskiego, którzy swoim zwyczajem podsycają nienawiść i podziały międzyludzkie. To jest także wina Stefana Niesiołowskiego i Władysława Bartoszewskiego, którzy myślą, że to co zrobili w pewnym okresie swojego życia daje im prawo pouczać, obrażać i dyskredytować inaczej myślących. To miedzy innymi przez nich Tadeusz Rydzyk i Lech Kaczyński ma do kogo mówić, i ma mu kto klaskać. I nie można tym ludziom za bardzo się dziwić. Przez lata żyli na marginesie, wykluczeni i pomijani. Traktowani tak jakby ich w ogóle nie było. Prawie wcale do nich nie mówiono, a jak już mówiono to dawano im do zrozumienia, że już są nie potrzebni, i nazywano ich bydłem. A przecież oni także byli prześladowani i cierpieli. Tymczasem bohaterami wydarzeń sierpniowych maja być w mniemaniu elit tylko Wałęsa, Lis i Borusewicz, a nie tysiące robotników, którzy dziś żyją za głodowe emerytury. Bohaterami powstania warszawskiego ma być w mniemaniu elit tylko Władysław Bartoszewski, który w narcyzmie nie ustępuje Lechowi Wałęsie, a który nie ma już nic mądrego do powiedzenia, pozostaje mu więc tylko konwulsyjne pokrzykiwanie drażniącym ucho głosem o wyjcach i dyplomatołakach. Dlatego kiedy niezadowolony z życia i polityki tłum ma szansę powiedzieć co myśli wyraża to bucząc i krzycząc: hańba! Tylko, że w swojej naiwności i gniewie społeczeństwo nie widzi z kolei trzech rzeczy: przynoszą hańbę sami sobie bo stają się podobni do tych, którymi gardzą. Po części sami za kształt tego państwa odpowiadają, i -myślę- ważniejsze nie widzą, że są cynicznie wykorzystywani. W kraju władzę i pieniądze przejęły osoby, którzy mieli i maja nadal w dupie obywateli. Lech Kaczyński niby daje ordery, niby mamrocze o solidarności międzyludzkiej, niby powołuje się na wartości katolickie, ale to tylko puste frazesy. Gdyby naprawdę zależało mu na polakach dążyłby do reformy finansów publicznych, do zmiany polityki rolnej i gospodarczej, do jak największego pluralizm w sejmie, albo chociaż do wzajemnego szacunku. A tymczasem mamy Kaczyńskiego, który mówi tylko ja ja ja...! Ciemny lud to kupi!Nie lepiej mówi Lech Wałęsa, który nadmiernie eksponuje swoją rolę w każdej inicjatywie dyskredytując przy tym tych, którzy mu pomagali, nazywając ich wręcz szkodnikami. Pod tym względem obaj politycy są siebie warci. Gdyby na podium zamiast Lecha Kaczyńskiego stał inny Lech nie padłoby ani jedno słowo o braciach Kaczyńskich, małżeństwie Gwizdów i Annie Walentynowicz. Byłoby znane nam: ja ja ja! Ponadto dużo winę za to, czego jesteśmy dzisiaj świadkami ponoszą ludzie, którzy rządzili na samym początku transformacji ustrojowej. Największym grzechem polskiej elity solidarnościowej jest to, że zaraz po upadku komunizmu nie przeprowadziła lustracji. Gdyby wtedy dokonano rozliczeń dziś tych budzących obrzydzenie scen byłoby mniej. Nie ma się co łudzić, że nie byłoby ich wcale. Jak powiedział Fryderyk Nietzsche „W co motłoch bez dowodów uwierzył, jakże byśmy to mogli dowodami obalić?” Przeciwieństwem bowiem prawdy nie jest kłamstwo, bo je można obalić. Przeciwieństwem prawdy są ludzkie przekonania, bo ich dowodami nie zmienimy, zwłaszcza, że te przekonania są skutecznie utrwalane i konserwowane. Weźmy choćby wydawałoby się wykształconego człowieka, który świadomie wbija do głowy swoim czytelnikom takie nonsensowne historie. Niedawno w „Naszym Dzienniku” można było przeczytać słowa księdza doktora Józefa Bartnika o przyczynach upadku powstania warszawskiego. Mówił on, cytuję: „ Stolica Polski była przed wojną siedliskiem rozpusty i dopuszczała się największej liczby aborcji w Europie. (…) Dlatego trudno się dziwić, że w sierpniu 1944 roku w dniu Wniebowzięcia NMP, nie pokonano i nie rozpędzono Niemców ze stolicy.(…) Pół miliona warszawian straciło życie, tyle, ile przed wojną zostało pomordowanych dzieci poczętych” Koniec cytatu. Celowo zakreślam granice cytatu, żeby każdy zdał sobie sprawę jaką wodę z mózgu robi się tym ludziom. Do jakich argumentów w środowisku konserwatywnym publicyści i komentatorzy radiomaryjni się uciekają. A co za tym idzie nie zaskakuje mnie fakt, że moralnie prześladowany jest dziś Bogdan Borusewicz. Człowiek, który walczył o to, żeby takie mrówki mogły głośno go obrażać i krzyczeć, nie zważając na prochy poległych.Nadzieją jest dla mnie głos dużo młodszego od pozostałych członków świty Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza jaki dało się z trudem usłyszeć o wzajemnym poszanowaniu obu stron sporu. Głos z resztą również wygwizdany. Straszne jest to, że o rzeczach tak elementarnych jak powaga, szacunek, wstyd, rozwaga musi przypominać świadkom tamtych dni osoba dużo od nich młodsza, dlatego, że tylko ona potrafi zachować klasę, roztropność, umiar i rozsądek. Tylko Paweł Adamowicz miał odwagę powiedzieć tym ludziom prawdę w oczy, może dlatego, że tylko on ma czyste sumienie, bo reszta już dawno zapomniała gdzie było ZOMO, i czy przypadkiem ktoś z krzyczącego tłumu nie nalewał wątpliwie osławionym oddziałom paliwa do transporterów opancerzonych. Może dlatego milczał również Lech Kaczyński i arcybiskup Sławoj Głódź, którzy tylko niecierpliwie się kręcili z zakłopotaniem czekając na koniec apelu Adamowicza. Nie winię tylko elity. Może również duża wina w tym nas, którzy oddajemy pole w takich chwilach niezrównoważonym bojówką, a sami wolimy pojechać na grilla, albo spędzić niedzielę na oglądaniu meczu w telewizji. Może my również mamy obowiązek tego rodzaju wobec ojczyzny, żeby w takich chwilach jak rocznica wybuchu powstania, wojny, albo rewolucji nie pozwolić nieokrzesanemu tłumowi na manifestowanie własnych uprzedzeń. Tylko czy nasza obecność nie będzie okazją do kolejnej połajanki, czy nie przerodzi się w kolejną awanturę, i wreszcie…czy warto? Nie jestem chodząca moralnością, nie mam monopolu na słuszność, ale mam nadzieję, że ci których przekonać się nie da kiedyś sami się przekonają. I tym właśnie osobą dedykuję niedawno napisany wiersz Ernesta Brylla:„ Przyjaciele lat ważnych- kiedyś uśmiechnięci Dla mnie wtedy pół święci a dzisiaj zacięci Gryzący siebie jak psów chora zgrajaNieustępliwie sobą Polskę zasłaniają A ona jestI kiedy minie ta wścieklizna Może się do was przyzna”
43
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (3)