Wyprawa do Gruzji, ekspedycja w Brukseli, sojusz państw Europy Wschodniej, podpisanie umowy o tarczy antyrakietowej, plan balu prezydentów…Lech Kaczyński odnalazł się w roli głowy państwa, jest prezydentem w amerykańskim stylu.
To tylko kilka sparafrazowanych sloganów o nowym wizerunku prezydenta Kaczyńskiego, które w ostatnim miesiącu można było usłyszeć w mediach.Jako, że lubię komentować wszystko z dystansu, również czasowego, mając możliwość szerszego spojrzenia na problem nadszedł dzień, że i ja napiszę co myślę o nowym wcieleniu Lecha Kaczyńskiego. Niepokój jaki zapanował po ostatniej intensywnej –przyznać trzeba- aktywności Lecha Kaczyńskiego u niektórych dziennikarzy, najczęściej mu wrogich, ale i w odczuciu społeczeństwa trochę mnie zdziwił. Z lekkim uśmiechem przysłuchiwałam się rozmowom, w których także uczestniczyłam, że oto mamy do czynienia z nowym rozdziałem, z metamorfozą. Sama żartowałam, że to może już Matrix Reaktywacja? Naczelne telewizje i poczytne gazety z uwagą podniosły głowy znad złoconej zastawy, aby lepiej przyjrzeć się temu niezdrowemu przeobrażeniu. Ich to wszystkich chciałam uspokoić i zachęcić, aby wrócili do swojego posiłku, bo nic strasznego się nie dzieje. Prezydent dostał po prostu kilka zastrzyków środka pobudzającego. Ale już jest wszystko w porządku. Można wrócić do konsumpcji. Nie martwię się o pozytywny wizerunek Lecha Kaczyńskiego, bo to jest jedna z tych rzeczy, których się zrobić nie da. Jego styl, małostkowość, niezaradność, ksenofobia robią tak fatalne wrażenie, że się go zatrzeć nie da. I nie pomogą tu żadne zabiegi speców od pijaru, nie pomogą tu kursy szkoleniowe dla Kamińskiego i Bielana, bo problem leży w charakterze ich szefa. Skostniałego dinozaura, z którego już nic się nie da wykrzesać. Który ma za mało dynamiki, żeby dotrwać i przetrwać. Dużym sukcesem obu Panów było w ogóle wywołanie wrażenia, że prezydent zmienia styl na amerykański. Tymczasem Lech Kaczyński wcale się nie zmienił. Po prostu statek, na którym dryfował złapał wiatr w żagle. Inwazja na Gruzję pozwoliła prezydentowi otrząsnąć się po marazmie jaki wynikał z monotonnego dźwięku melodii miłości, która nieustannie płynie z ust ekipy Donalda Tuska. Jak wiadomo, Lech Kaczyński podobnie jak jego brat najlepiej czuje się w atmosferze konfliktu, w stroju aktywnego rewolucjonisty. Konflikt z kolei nie sprzyja budowaniu właściwego wizerunku urzędu prezydenta, który ma być przecież symbolem pokoju, bezpieczeństwa i szacunku. Z tego można wysnuć prosty wniosek, że przemiana Lecha Kaczyńskiego jest tylko nieudolnym zabiegiem, który może dałby jakiś rezultat gdyby sam Kaczyński chciał się zmienić, dostrzegł swoje błędy. Ale nie tylko wizerunkowe, ale także błędy w myśleniu, w postawach. Sprzeczności, które targają Lechem Kaczyńskim są aż natto widoczne. Z jednej strony mamy Lecha Kaczyńskiego- męża stanu, który nie bacząc na bezpieczeństwo i własny polityczny interes wsiada w samolot i wraz z przywódcami innych krajów, tak samo mało znaczących jak Polska, przedziera się przez bombardowane terytorium, aby zanieść Gruzinom przesłanie. Nie pokoju. To nie w jego stylu. Przesłanie: Będziemy walczyć! Atmosfera konfliktu, którą PiS wprost uwielbia, podziałała na Kaczyńskiego elektryzująco. Nie mniejszą w tym rolę odegrał wiec w Tbilisi, gdzie tłum skandował „Polska, Polska!”, a sam Kaczyński, traktowany jak bohater narodowy Gruzji (na równi ze Stalinem) witany był niemal jak Bush w Kosowie. Tam mógł się poczuć jak prawdziwy mąż opacznościowy, który niesie wolność. Można było pokrzyczeć na Moskwę, można było powygrażać światu. Słowa nic nie kosztują. Rzeczywistość jest jednak taka, że Gruzja może się pożegnać z Osetią i Abchazją, bo Europa, a w tym i Polska nie zrobi nic co mogłoby zdenerwować Moskwę. My mamy jednak zobaczyć odważnego polityka, który ma swoje zdanie i potrafi o nie walczyć. Chciałoby się powiedzieć walczyć i przegrać. Za każdym razem przegrać. Z tego jednak na pół wymalowanego obrazu można dostrzec prawdziwą twarz naszego drogiego Lecha- małostkowego narcyza, który poucza najlepszego jakiego dotychczas mieliśmy ministra sprawa zagranicznych - Radosława Sikorskiego. Polityka, który gotów jest wyrzucić z pracy pilota, dlatego, że on śmiał sprzeciwić się woli wszechmocnego. Takie nic, taki śmieć ma czelność odmówić wykonania rozkazu zwierzchnikowi sił zbrojnych? Nie ważne, że w razie katastrofy to on ponosi za nich odpowiedzialność, nie ważne, że byłoby to wbrew przepisom. W końcu prawo to ja! Starania Bielana i Kamińskiego, którzy właśnie wrócili ze Stanów Zjednoczonych, żeby pokazać prezydenta w dobrym świetle obrały dobry kierunek. Podstawowym celem jest wyeksponowanie Lecha Kaczyńskiego. Pokazanie, że w każdej ważnej inicjatywie brał udział. Notabene, w każdej w której udział brał to tylko szkodził, ale to jest dyskretnie przerabiane na sukces. Dlatego mamy dosyć dziwne podpisanie umowy w amerykanami, gdzie po jednej stronie jest Condoleezza Rice, a po drugiej prezydent, premier i minister spraw zagranicznych. Widowni złożonej z marszałków, ministrów i posłów nie licząc. Mało brakowało, a spotkanie z Siergiejem Ławrowem odbyłoby się w podobnym gronie. Lechowi Kaczyńskiego radzę zajrzeć do podręcznika protokołu dyplomatycznego i poczytać o ceremoniale, precedencji i wizytach zagranicznych. Nowy prezydent robi sobie zdjęcia w wozach bojowych, a stary prezydent ma odwrotnie założony zegarek, co stanowi okazję do kolejnych kpin. Nowa głowa państwa chętnie udziela wywiadów, nawet bojkotowanemu przez PiS TVN-owi, a stara głowa państwa robi wyrzuty najpierw z powodu na zaproszeniu nie napisania słowa „prezydent”, później o przejście paru schodków do sali podpisania umowy, a chwilę później wybucha głupim śmiechem. Nowy Lech Kaczyński dymisjonuje minister Fotygę, a stary Lech Kaczyński przyjmuje do pracy wiceministra Waszczykowskiego, który moralnie odpowiedzialny jest za śmierć dwojga policjantów. Nowy pierwszy obywatel zapowiada bal prezydentów, stary kłuci się o miejsce odbierania defilady. Wszyscy pamiętamy ponadto jego wypowiedzi o Niemcach, jego niefortunne pomyłki przy wręczaniu medali, jego skandaliczne wypowiedzi, jego obrażenie się na wszystkich i wszystko. To składa się na jeden obraz. Niestety nienajlepszy dla Lecha Kaczyńskiego. Ktoś ostatnio, chyba Jacek Żakowski pisał, że przewaga Donalda Tuska nad Lechem Kaczyńskim polega na tym, że ten pierwszy jest nastawiony konsyljacyjnie. Jeżeli prezydent chce być obecny przy podpisaniu umowy z amerykanami - proszę bardzo, jeżeli chce jechać na szczyt Unii nie ma problemu. Natomiast wszystkie nieporozumienia wychodzą z Kancelarii Prezydenta. Wystarczy wspomnieć choćby spór o udostępnienie samolotów. Przy tym totalne niezrozumienie polityki międzynarodowej, krytykowanie polityki rządu, torpedowanie każdego pomysłu i wetowanie sztandarowych ustaw, które przynajmniej w założeniu miały być szansą dla Polski daje wrażenie, że Kaczyński jest tej Polski hamulcowym. Jednak nawet gdyby nagle zapomnieć o jego wcześniejszych wpadkach i potknięciach to tanie chwyty z wymachiwaniem szabelką oraz czułymi słówkami szeptanymi do żony na romantycznej kolacji może by i chwyciły, gdyby do wyborów pozostało pół roku, a Donald Tusk miał poparcie w granicach 35%. Tymczasem mamy dwa lata do wyborów i Donalda Tuska z poparciem 70%. Przy tym od 3 lat uśmiechniętego i łaszącego się do wyborów. Zabiegi pijarówców zostały podjęte za wcześnie. Taka aktywność spowszednieje, a sam Lech Kaczyński szybko się wypali. Z bardzo prostego, acz ważnego powodu, w tym co robi jest sztuczny jak fallus Janusza Palikowa. Zrobienie z Kaczyńskiego polityka światowego formatu jest jak zrobienie z Kuby Wojewódzkiego biskupa, a z Gołoty baletnicy. Nie da się, po prostu się nie da. Bo to będzie zawsze ten sam, zamknięty, naburmuszony, małostkowy, obrażalski Lecha Kaczyński, kiedy zamknął się na trzy tygodnie w Pałacu Namiestnikowskim w październiku 2007roku. I Panowie o wizerunku politycznego doskonale o tym wiedzą. Obserwując kampanię prezydencką w Stanach Zjednoczonych marzy im się zrobienie z Lecha Kaczyńskiego drugiego Baraka Obamy, toteż słyszeli pewnie słowa swojego wymarzonego oryginału: „Można zapakować zdechłą rybę w gazetę, a i tak będzie śmierdzieć.” Te słowa powinny dać im wiele do myślenia. Żeby zrobić z Lecha Kaczyńskiego prezydenta w amerykańskim stylu trzeba by tchnąć w niego amerykańskiego ducha otwartości, tolerancji, zimnej kalkulacji połączonej z osobistym urokiem. Nasz prezydent, albo inaczej Polski prezydent ( bo ja od odejścia z pałacu Aleksandra Kwaśniewskiego uważam urząd za wakujący) jest co najwyżej prezydentem w stylu Ameryki Południowej.
99
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (5)