Widzę, słyszę, myślę...
Mieszkam w Poznaniu. Jestem Polakiem.
154 obserwujących
688 notek
1556k odsłon
  7134   20

Rosja, Niemcy, Ukraina, Polska...

W ostatnich dniach modne się się stało wytykanie palcem tych, co  w sprawach Ukrainy nie są zgodni z medialnym przekazem. Ruszyło koło wyrzucania takich poza nawias społeczny: "won za Don" dla "ruskich onuc", rosyjskich agentów wpływu, przyjaciół Putina i wszystkich "nieprawomyślnych", bo to jakieś wyrzutki albo upośledzeni umysłowo. Zatem, skoro tak, to może warto wypowiedzieć się z pozycji "ruskiej onucy", choćby po to, żeby wprowadzić nieco kolorytu dla jednostajnego przekazu? Żartuję, chociaż to niezbyt dobry czas na żarty - wiem. Już tak na poważnie, żeby wypowiadać się o wojnie - zgodnie z praktyką doświadczonych strategów wojennych -  trzeba odwrócić mapę i spojrzeć na sytuację z punktu widzenia wroga. Trzeba też całościowo spojrzeć na rosyjską agresję  z pozycji chłodnego obserwatora, który jest w stanie zauważyć więcej, niż widać to w medialnym amoku. W notce tym razem nie ma ciągłości tekstu, luźno rzucam kilka wątków, które moim zdaniem warto przemyśleć, zanim weźmie się udział w wyścigu na głośniejsze larum, bo wróg u bram! O tym więcej na końcu notki.


CZĘŚĆ PIERWSZA - ROSJA

Wróćmy na moment do czasów ZSRR i Układu Warszawskiego. Mało kto się dziś zastanawia, po co Sowietom był ten tzw. Blok Wschodni i UW. Po rozpadzie ZSRR większość ówczesnych rosyjskich ekspertów ( zachodnich także) doszła do wniosku, że ów blok był jedną z przyczyn rozpadu Imperium - Sowieci od pewnego momentu ani nie byli w stanie ani tego bloku kontrolować, ani zrównoważyć swojej gospodarki na tyle, żeby z tego tytułu nie ponosić strat. Zbrojenia kosztują i utrzymanie poszczególnych armii "demoludów", w jakimś momencie okazało się krytyczne. Ale ów Blok Wschodni był dla ZSRR buforem militarnym, strefą obrony przed ewentualną agresją Zachodu. Oczywiście jako bufor agresji na Zachód także, ale kluczowe jest słowo "BUFOR".  

Dziś ten "stary" sowiecki bufor nie tylko nie istnieje, ale tak naprawdę w jego miejsce powstał nowy - dla odmiany amerykański. Stany Zjednoczone nie tylko rozmieściły swoje wojska w Polsce, Rumunii, krajach bałtyckich i innych krajach Europy Wschodniej, ale dążą do tego, żeby w tych krajach znajdowały się bazy rakietowe, takie jakie znajdują się już w Polsce i Rumunii. Bazy znajdujące się na granicach Rosji nie pozostawiają czasu na reakcję i obronę przed  wystrzelonymi z nich pociskami jądrowymi - dają zatem Waszyngtonowi przewagę w konfrontacji z Rosją. Tu ktoś odpowie argumentem, że te bazy chronią Europę i tzw. wschodnią flankę NATO przed agresją Rosji (nie bez racji! ), ale można tu uprawiać najróżniejsze słowne wygibasy:  tyle, że fakt istnienia rakiet pod samym nosem Putina pozostaje faktem. Swoją drogą ciekawe jak zareagowaliby Amerykanie, gdyby np. w Meksyku Rosjanie instalowali swoje bazy rakietowe. Zresztą to już było - wystarczy przypomnieć kryzys kubański. Jeżeli ktoś myśli, że USA rozmieszcza swoje wojska w Polsce, Rumunii, krajach bałtyckich i innych krajach Europy Wschodniej, bo zależy im na tych krajach i czuje się moralnie zobowiązany do ich ochrony przed Rosją, to gratuluję naiwności.


W połowie grudnia ub.r. nagle, bez jasnych przesłanek, Putin zaczął się szaleńczo spieszyć. Wystosował ultimatum do Zachodu z żądaniami nie do spełnienia: szlaban dla Ukrainy w NATO, cofnięcie stanu infrastruktury Sojuszu do stanu sprzed 1997 r. i inne postulaty mające zdemolować ustanowiony po zimnej wojnie układ bezpieczeństwa w Europie. Kazał sobie na to ultimatum odpowiedzieć w trybie natychmiastowym. Otrzymawszy stanowczą odmowę i – jednocześnie –  amerykańskie zaproszenie do klasycznych negocjacji o pułapach broni, znowu przyspieszył i zaczął w błyskawicznym tempie rozgrywać nową partię. Wszystko to jako żywo przypomina działania Adolfa Hitlera, zakończone przemówieniem wygłoszonym w Obersalzbergu 22 sierpnia 1939 roku do generalicji Wehrmachtu w uzasadnieniu decyzji agresji na Polskę, ale... z jego (Putina) punktu widzenia, czyli odwrócenia mapy, żądanie zachowania neutralności Ukrainy jest całkowicie zasadne. Jeżeli tzw. Zachód jego żądania w tej kwestii odrzucił, to powiedzmy sobie szczerze - Putin nie dostał żadnego wyboru.


Ten "medal" ma swoją - a jakże - drugą stronę. Od czasu rosyjskiej aneksji Krymu Ukraina przypomina się o tzw. Memorandum Budapeszteńskim, dokumencie podpisanym 5 grudnia 1994 na szczycie Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). W dokumencie tym USA, Wielka Brytania i Rosja poparły decyzję kijowskiego rządu o przystąpieniu do traktatu antyatomowego. Zagwarantowały m.in. respektowanie niepodległości i "istniejących granic” Ukrainy. Podobne porozumienia podpisały tego samego dnia byłe republiki sowieckie Białoruś i Kazachstan. Gwarancje te były i są tylko formalnością, ponieważ nie zapisano żadnego mechanizmu sankcji. Porozumienie jest zatem warte papieru, na którym zostało napisane, a warunki  Memorandum Budapeszteńskiego w przypadku Krymu, zostały naruszone nie tylko przez stronę rosyjską, ale również przez Zachód. Żeby nie było: takiego zdania był również ówczesny rząd w Kijowie. W sierpniu 2014 roku ukraiński rząd zażądał rozmów z sygnatariuszami porozumienia. Bez skutku. Rosja odpowiedziała, że nie ma ku temu powodu. Już w kwietniu, zaledwie kilka tygodni po aneksji Krymu, Moskwa odparła wszystkie zarzuty z Kijowa. "Wystąpienie Krymu z Ukrainy" to efekt "kompleksowych procesów wewnętrznych". Te z kolei nie dotyczą rosyjskich zobowiązań w ramach Memorandum Budapeszteńskiego. Podobnie Stany Zjednoczone zaprzeczyły, jakoby nie wywiązały się ze swoich zobowiązań. – Memorandum Budapeszteńskie nie było porozumieniem o gwarancjach bezpieczeństwa – powiedział ambasador USA w Kijowie, Jeffrey Payette.

Tak a'propos Krymu, to także wypada spojrzeć na tą aneksję obiektywnie. Półwysep Krymski – etnicznie kiedyś tatarski, później rosyjski – został po prostu przeniesiony w 1954 (decyzją Chruszczowa) z jednej republiki do drugiej. Miejscowej ludności nikt wtedy o zdanie nie pytał. Po 1991 ów region (już jako autonomiczna republika) usiłował oderwać się od Ukrainy i przyłączyć do Rosji, co udało się w 2014. Śmiesznie i głupio brzmią więc zaklęcia  o “ukraińskim Krymie". Akurat w tej kwestii nie ma co wychodzić przed szereg – bo ani Rosja nie ma powodu Krymu oddawać, ani tamtejsza społeczność nie rwie się pod rządy Kijowa.

Wnioski płynące z tego "buforowego" wątku są takie: z czysto wojskowego punktu widzenia Putin nie dostał żadnej sensownej oferty utworzenia strefy bezpieczeństwa dla Rosji. To oczywiście nie usprawiedliwia brutalnej agresji na Ukrainę, ale ... wiele wyjaśnia. Tymczasem otrzymujemy jednostronną opowieść, a problem z takimi opowieściami polega na tym, że sugerują one nadmiernie, iż to druga strona jest całkowicie winna i nie ma żadnych argumentów. W takiej sytuacji znalazła się obecnie Rosja i jest to bardzo niebezpieczne, bo rozdrażniony niedźwiedź jest groźny i ... nieobliczalny.

Lubię to! Skomentuj256 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka