Dziś w RMF FM dalszy cąg "nieporozumienia" z Michałem Bonim (http://www.rmf.fm/fakty/?id=126417). Nieporozumienia, bo dziennikarze daja się robić w tzw. konia, przez skruszonego TW Znak:
Konrad Piasecki: A co było ostatecznym tchnieniem odwagi i powodem tego, że to tchnienie się pojawiło? Czy pan wiedział, że pańska teczka wypłynie, że się pojawi? Czy też przyszły premier Tusk powiedział „Albo pan to powie, albo nie mamy o czym rozmawiać”?
Michał Boni: Nie było żadnej sytuacji, w przeciwieństwie do 1985 roku, kiedy SB mnie szantażowało i dlatego podpisałem wtedy deklarację współpracy. Nie było żadnej sytuacji przymusu teraz. Była oferta, propozycja. Ja przez wiele lat nie chciałem pełnić żadnych funkcji publicznych, zajmując się eksperckimi sprawami. Teraz trochę pod presją kolegów, sytuacji, ta propozycja została złożona i wziąłem pod uwagę trzy elementy. Po pierwsze, merytorycznie, czy ja pasuję do tego nowego rządu. Po drugie, czy w swoim życiu mogę dokonać tego przestawienia kariery, zostawić swoje prace eksperckie i zająć się w jakiejś mierze polityką. Po trzecie – i to był warunek podstawowy – że muszę się zmierzyć z własną przeszłością, z lękiem, ze wstydem, obawą upokorzenia.
OLLO: Cóż to za eufemizm "deklaracja współpracy"? Czy to był jakis niewinny papierek? Nie. To było normalne zobowiązanie do współpracy z SB, którego własnoręczne napisanie i podpisanie przyjętym pseudonimem przez Tajnego Współpracownika nakazywała instrukcja operacyjna 006/70 Słuzby Bezpieczeństwa. Każdy kapuś (to eufemizm agenta) podpisywał taką "deklarację współpracy".
Boniego zwerbowano na podstawie tzw. materiałów kompromitujących - miał kochankę i żonę, do tego udwał świętoszka, bo działał w duszpasterstwie ludzi pracy a kolegami z podziemia swoim prywatnym "układem" sie nie chwalił. No bo i po co. Kiedy SB wykorzystała tę jego "słabość", to się z nimi "spotykał, ale na krótko". Ksiądz Maliński też się spotykał, tysiące innych TW też tylko się "spotykali". Po co przedłużać nieprzyjemne spotkania z esbecją, skoro przekazanie napisanego donosu zajmuje kilkadziesiąt sekund?
Dlaczego zaraz po wpadce nie powiedział o szantażu SB swoim kolegom z podziemia?
Dlaczego rozmawiał z SB, skoro instrukcje kolportowane wśród działaczy opozycji demokratycznej (od wydarzeń radomskich 1976 roku) wyjasniały, jak trzeba zachowywac się podczas takich spotkań?
Andrzej Stankiewicz: A od kiedy Tusk wiedział, że jest problem, który nazywa się „teczka Boniego” w IPN?
Michał Boni: Ten problem był znany wszystkim od 1992 roku. Część osób dziś mówi, że tak naprawdę ja pod koniec lat ’80. o podpisaniu tej deklaracji, na jakiejś konspiracyjnej wigilii powiedziałem i wszyscy wiedzieli i tylko ja nie miałem świadomości, że to powiedziałem. W takim sensie, że nie był to czysty akt sumienia.
Przyp. mój: Boni już się pogubił w swojej obronie. Znowu bredzi o "deklaracji" i o tym, że po pijaku powiedział o swojej współpracy innym konspiratorom (vide wywiad w GW http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4633990.html)
A kolegom z podziemia? Z "Woli"? Była zasada, żeby od razu mówić o wszystkich wezwaniach na SB, podpisanych lojalkach. Żeby uniknąć szantażu.
- Tak, była. Ale część ludzi z podziemia nie znała moich osobistych perypetii. Opowiadając o tej podpisanej lojalce, musiałbym im opowiedzieć o życiu osobistym. To było dla mnie trudne.
[...]
Prof. Andrzej Friszke, który badał podziemną "Solidarność" twierdzi, że nie natrafił na żaden dokument, że pan miał być agentem. Jego zdaniem SB nie miała żadnych konkretnych informacji o Woli, co znaczy, że w tym kręgu nie mieli agenta.
- No właśnie. Potwierdza to kolejny moment, kiedy SB znów sobie o mnie przypomniała. Było to w związku z dużym spotkaniem na temat samorządu pracowniczego w Warszawie w kościele św. Klemensa na ul Karolkowej. Był tam Lech Wałęsa, a ja to spotkanie prowadziłem. I wtedy oni sobie pomyśleli, że mogę być kimś ważnym w jawnych strukturach "Solidarności", skoro prowadzę takie spotkanie.
[...]
Uwaga moja: Nawiasem mówiąc prof. Friszke był/jest mocno związany ze środowiskiem Unii Demokratycznej (potem UW) i Gazetą Wyborczą. Jako przedstawiciel tychże środowisk zasiadał w Kolegium IPN poprzedniej kadencji.
http://www.tvn24.pl/0,1526901,wiadomosc.html
Sam fakt podpisania zobowiązania do współpracy jeszcze nie czyni agenta - uważa historyk, prof. Andrzej Friszke. Jego zdaniem, w przypadku agenta "musi być współpraca realna" i jej konsumpcja w postaci doniesień, raportów. - Badałem teczki Boniego, nie ma tam żadnej informacji, że był agentem - potwierdził Friszke w TVN24.
[...]
Dalej z cyt. wywiadu z TW Znak w GW:
Władysław Frasyniuk mówi, że w latach 80. w "Solidarności" wszyscy wiedzieli, że pan podpisał jakąś lojalkę, ale nikt nie sądził, by pan donosił.
- Nie miałem świadomości, że ludzie wiedzą. Po moim środowym oświadczeniu zadzwoniła do mnie dziewczyna, która przychodziła na spotkania MKK i powiedziała, że pamięta, jak pod koniec lat 80. podczas wigilijnego spotkania po dużej ilości alkoholu ja tę historię opowiedziałem. Ja tego nie pamiętam.
Na koniec poszperałem w archiwum GW i zanlazłem taką oto ciekawostkę:
http://szukaj.gazetawyborcza.pl/archiwum/1,0,351662.html?kdl=19901123GW&artTyp=zszywka&wyr=
Apel Michała Boniego
[... by nie dzwoniono w ramach kampania prezydencka z pogróżkami do jego matki, z którą już nie mieszka.]


Komentarze
Pokaż komentarze (1)