bojadżijew bojadżijew
929
BLOG

Subiektywny przegląd płyt kultowych (pierwsza połowa lat 90tych

bojadżijew bojadżijew Kultura Obserwuj notkę 1

 
 
Tak, to były piękne czasy. Pisałem już, że największe triumfy odnosił wtedy grunge, ale ja jako dziecko metalu, miałem inne inspiracje. Należy dodać, że mając kilkanaście lat nie byłem fanem muzyki uważanej powszechnie jako „dojrzałej”, takiej dla koneserów, ale dzisiaj, już dużo starszy podtrzymuję swoje stanowisko, co do albumów, których w tamtym okresie słuchałem namiętnie. To były dla mnie milestones. A oto one, nie będę rozsądzał o hierarchii, stąd kolejność raczej przypadkowo – chronologiczna:)
 
  1. Metallica i tzw. „black album”, wydany w 1991 roku. Myślę, że dla wielu jest to płyta wyjątkowa. Nie tylko wyniosła zespół do jednych z największych w historii muzyki rozrywkowej, ale to artystycznie był majstersztyk To była także płyta, która zmieniła, a może nawet rozsadziła od środka gatunek thrash metalu. Bo to nie był już pure thrash, ale właściwie płyta wybitnie „ogólnie” metalowa, bez wyraźnych naleciałości innych podgatunków. To była Metallica, to oni zdefiniowali na nowo ciężkie granie. Skończyli z charakterystycznymi dla thrashu „kostkowanymi” kaskadami riffów, zwolnili i postawili na ciężar. No i przyłożyli się do kompozycji, każda z nich to oddzielna historia. Zaś album to ikona muzyki popularnej, która pozostaje nieustającym źródłem inspiracji dla nowych rzeszy metalowców.
  2. Pantera „Vulgar Display of Power” z 1992 roku. Ten album przedefiniował thrash, podał go na nowo, z genialnym gitarzystą, który stworzył własny styl oraz wokalistą równie oryginalnym. Zaczątki tego stylu słychać na poprzednim albumie „cowboys from hell”, ale to tu Pantera pokazała swój pazur, już bez tak wyraźnych naleciałości Metalliki czy Judas Priest. Dimebag Darell pozostanie gitarowym bohaterem wielu gitarzystów, bo jest nad kim się wzorować, zarówno nietypowe podkłady rytmiczne, jak i solówki – klasyczne, metalowe oraz te szalone, powstałe w wyniku zabawy z rożnego rodzaju zabawkami. R.I.P. Dime.
  3. Death „individual thought patterns” z 1993 roku. Pierwsza płyta Death, którą usłyszałem i do której mam największy sentyment. Wiem, że Death nagrał Human czy Symbolic, ale ta płyta stanowiła i stanowi dla mnie opus magnum technicznego death metalu. Pojawia się tu więcej melodii, klasycznego metalu, jest Andy Larocque, ale nadal jest moc, technika i siła. Są tu wreszcie inne legendy jak Steve Digiorgio oraz Gene Hoglan. Niestety nie ma z już nami Chucka, ale mamy jego płyty, każda z nich ma swój inny klimat, każda potwierdza jego geniusz.
  4. Type'O'Negative „Bloody Kisses” z 1993 roku. Niestety kontynuuję czarną listę zespołów, których liderzy odeszli w zaświaty. Peter umarł w tym roku, więc rana jeszcze świeża. Tę płytę znają wszyscy, połączenie melodyki psychodelicznych Beatelsów i Doorsów+ciężar Black Sabbath, i ten transylwański akcent Petera. Kult.
  5. Paradise Lost „Icon” z 1993 roku, dla mnie ich najlepsza płyta, niesamowita popularność w Polsce tej płyty, sławne wywiady Kasi Krakowiak w Metal Hammerze i piękne połączenie metalowej siły oraz gotyku. Te melodie, które wygrywał Greg Mackintosh, mocny, nieco Hetfieldowski vocal Nicka Holmsa, przygnębiający klimat, powodowały ciarki na mym młodym ciele:). Mistrzostwo świata, Draconian Times, było rozwinięciem stylu, ale dla mnie zbyt przesłodzonym. Cieszy, że po latach wracają do formy.
  6. Sepultura „Chaos AD” z 1993 roku. Wiem, że wielu wskaże Roots, oldschoolowcy zaś stare thrashowe siekanie z Arise czy Beneath...., ale dla mnie na tym albumie Sepa zabrzmiała bardzo oryginalnie, czego już więcej nie powtórzyła. Takie połączenie brutalnej siły hardcoru, noisu, i jakiegoś nieuchwytnego ducha prosto z Amazonii. To nie był thrash, ale moc tego albumu, jego chropowatość dawały niezłego kopa w tyłek. Dostało im się za ten album, oj dostało od thrasherów, ale oryginalne i odważne kapele tak mają:)
  7. Life Of Agony „River Runs Red” z 1993 roku. Debiutancki album, który rozwalił wszystkich na łopatki. Miks siły brooklyńskiego hardcoru i niezwykłego wokalu Keitha Caputo. Niestety, to jedyna ich płyta, która mi się spodobała. Ale nie tylko mi, okazuje się, że w tym roku będą koncertować na festiwalach (u nas na woodstock) i odgrywać debiut w całości.
  8. Carcass „Heartwork” z 1993 roku. Płyta definiująca mocne granie na nowo. Niegdyś grindowcy, a nagrali płytę gdzie blasty mieszają się z harmoniami a'la iron maiden, mocna inspiracja dla późniejszych metalcorowców oraz „mieszaczy” thrashu z deathem. Legenda, która ostatnio wróciła na koncerty, ale w trudnych okolicznościach, ponieważ oryginalny bębniarz Ken Owen przeszedł dekadę temu udar. Co mi tam, kult!:)
  9. Cynic „Focus” z 1993 roku. No ci panowie rozwalili wszystkich doszczętnie, nagrywając płytę wybitnie nie do przyjęcia dla metalowców oraz...... niematalowców:) Fuzja deathu z jazzem, muzyka trudna, nie do machania przy niej głową:) Z powodu jej niezrozumienia grupa się rozpadła, ale 3 lata temu wrócili i nagrali w zeszłym roku „traced in air”, rzecz bardziej spokojniejszą, ale czy łatwiejszą w odbiorze? Dzięki takim ludziom muzyka ekstremalna ma wiele wymiarów, kolorów i zamyka paszcze tym, którzy mówią o jej prymitywizmie.
  10. Tiamat „Wildhoney” z 1994 roku. Czy nie jest to „dark side of the moon” lat 90 tych? Może na wyrost, ale rzecz genialna, ponadczasowa. Do słuchania w całości, bo to jeden obraz z wieloma odcieniami, na którym oglądamy matkę ziemię i jej zmienny charakter. Tiamat nie stworzył więcej takiego albumu, bo się po prostu nie da, inspiracja na takie działa przychodzi raz i uchodzi. Dzięki Ci Matko, że Edlund miał wtedy taką karmę.
  11. Coroner „Grin” z 1993 roku. Płyta niedoceniona, dla mnie rzecz cudowna, słuchana tysiąckrotnie. Trzech Szwajcarów zakończyło tym albumem karierę, niestety. Źródło tkwi w thrashu, może z domieszką deathu, a tu jeszcze jazz i niebywały kunszt techniczny. Polecam wszystkim do posłuchania pieśni „host” a zrozumiecie o co chodzi. A Dawr niech przesłucha ich wersję „I want You” Chrząszczy.
  12. Na koniec wspomnę o dwóch płytach, które wydał z siebie nowjorski hardcore, tj. Biohazard „state of the world address” oraz pro pain „Foul Taste of Freedom”. Dwie genialne rzeczy, które pokazały, że legendarny hardcore z NY nie przepadł, a nawet wywołał swego rodzaju druga młodość tego gatunku. YO!
bojadżijew
O mnie bojadżijew

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura