bojadżijew bojadżijew
201
BLOG

Subiektywny przegląd płyt kultowych (lata 95-00)

bojadżijew bojadżijew Kultura Obserwuj notkę 24

 

 
 
Czasy się zmieniły, odchodzi granie wyrosłe na gruncie lat 80-tych, pojawiają się „nowe brzmienia”, które dla starych fanów metalu są trudne do przełknięcia. Trzeba przyznać, że brzmienie albumów wydanych w przedmiotowym czasie znacznie różni się od tych z pierwszej pięciolatki, tu swoje zrobił Korn, z nisko strojonymi gitarami, gdzie podstawa riffu to najczęściej energiczne uderzanie kostką po najniższej strunie, obniżone strojenie, dodatkowo wzbogacone „pojękiwaniami” drugiej gitary. Nie było by nic w tym złego, gdyby nie tony naśladowców takiego brzmienia, co doprowadziło do zaniku klasycznego naparzania, które stało u podstaw thrash i death metalu. I jeszcze ta erupcja elektroniki, pamiętam że każdy dzieciak tak około 1997 roku zasłuchiwał się w Prodigy, jak niegdyś ich starsi koledzy i koleżanki w Pearl Jam. Wszystko to kojarzy mi się nie najlepiej, takim wyznacznikiem ichniejszego „mieszania” był sukces Freda Dursta i Limp Bizkit, których nie trawię, za to ich Yo i fajansiarskie ciuchy oraz powstanie tworu MTV-podobnego czyli Linkin Park. W tych trudnych czasach przez pewny czas działalność zawiesił „tylko rock”, który próbował się ratować i dorzucał artykuły o artystach „nie tylko rockowych”, co mnie dodatkowo mierziło. Mimo tego, znalazłem wiele rzeczy godnych uwagi dojrzewającego metalowca:). Zjawiska opisane wyżej dotyczyły mainstreamu, gdzie wszystko musiało być cool i być coraz bardziej efekciarskie i tandetne. Ja poszperałem w podziemiu. Wiele z tytułów, które opiszę niżej, to rzeczy mało znane, lub znane pewnym osobom w czarnych pelerynach, ale jeszcze nie z czarnymi paznokciami, bo zaraza „emo” przyszła za parę lat:) Nie chce mi się przypominać dat premier tych płyt, ani tym bardziej trzymać się jakiejś hierarchii, będzie to sentymentalna podróż do czasów mrocznych, gdzie smoła lała się obficie:)
 
Na początek coś kobiecego:), nie ma smoły a są piękne melodie, czyli The Gathering „Mandylion”. Cóż tu rzec, toż ja się wtedy zakochałem w Anneke i jej cudownym głosie. Kanon gothic metalu w wydaniu żeńskim. Ta muzyka płynie, koi i pomaga wznieść się ponad pierdoły dnia codziennego, szczególnie młodemu licealiście:). Dziś rzecz kultowa. A wtedy początek zespołów z laskami przy mikrofonie, które koiły samcze serca.
 
Z następnym albumem nie odchodzę zbyt daleko, dalej miły dla ucha klimat, ale już pan za mikrofonem. To Amorphis „Elegy”, pyszna muzyka, trochę ciężkich riffów, tam sitar, tam folk skandynawski, kojący miły głos, tam growl, tam klawisz i trochę mistyki rodem z Finlandii. To ich przełomowa płyta, gdzie złagodzili granie, ale zdobyli wielkie uznanie i w trzymają się tego, mimo zmiany przy mikrofonie.
 
W dobie tych nowo-brzmiących zespołów, trzeba było czasami zaczerpnąć łyczka starego, klasycznego heavy metalu, a Mercyful Fate walczył nieustępliwie. Wyróżniłbym z tamtych lat płytę „Into The Unknown”, równa, do zanucenia i King w formie. Nie muszę chyba pisać, że uwielbiam Melissę i „złamaną przysięgę”, ale mówimy o innej dekadzie.
 
Idąc tropem podziemia, ale też i przełamywania konwencji warto wspomnieć o Therion i epokowej płycie „Theli”. To była dopiero jazda dla metalowców, nagle jeden z ich braci wrzucił elementy muzyki poważnej, chóry, instrumentarium i przywalił to metalem. Reszta to historia, bo Therion był pierwszy. Dla niezorientowanych polecam „To Mega Therion” z w/w płyty.
 
Idziemy dalej w las, to będzie „Morningrise”, kogo? Ano Opeth, tak, dziś już potężnego zespołu, który zapełnił niedawno Stodołę. Moja przygoda z kapelą Michaela zaczęła się od tej nieco zapomnianej drugiej płyty zespołu. Już na niej są wszystkie elementy muzyki Opeth, może trochę „nieokrzesane”, ale jakże piękne. Polecam słuchanie całej, długiej płyty, gdy pada deszcz, wiosenny czy też jesienny, ale nie letni:)
 
Płytę „Morningrise” produkował Dan Swano, lider popularnego wtedy Edge of Sanity. Tenże zespół, wypłynął na początku lat 90tych, uprawiając morderczy death metal. Ale zawsze miał tendencje do podśpiewywania, zwalniania i ukojenia. Apogeum tych wszystkich cech znajduje się na płycie „Crimson”. Cudowna podróż muzyczna poprzez różne klimaty, od death i black metalu, łojenie thrashowe, stricte metalowe po gotyckie i progresywne pieszczoty. Przy najbardziej ekstremalnych fragmentach udzielał się sam Michael Akerfeldt z Opeth, dziękując pewnie za wyprodukowanie „Morningrise”. „Crimson” to taki nieodkryty diament, leży sobie gdzieś udostępniony i czeka na pobranie. Dodam, że płyta składa się z jednej 40 minutowej kompozycji.
 
Teraz dwie płyty z innej paczki, nowoczesne, bez melancholii i bez ekstremy skandynawskiej:) to „Demanufacture” Fear Factory i G/Z/R „Plastic Planet”. Pierwsza to rewolucja w graniu metalowym, która ustawiła brzmienia wielu kapelom, niczym wzorzec z Sevres. Każdy pewnie zna i trzyma w sercu:) a druga to dowód, że starzy i doświadczeni muzycy potrafią się odnaleźć w nowych czasach i przyłoić z impetem. Mowa o Geezerze Butlerze z Black Sabbath, który poprosił wokalistę Fear Factory Burtona C. Bella o pomoc w darciu paszczy i stworzył apokaliptyczne dzieło niczym z sennych majak Lyncha. Brawo Geezer.
 
Na chwile powróćmy do weteranów, którzy nie dawali za wygraną. Wypada wspomnieć o nieodżałowanym Death „Symbolic” oraz Testament „The Gathering”. Ci ostatni to legenda thrashu, moim zdaniem powinni być na koncertach „wielki czwórki” zamiast Anthrax, który po ostatnich roszadach personalnych jest coraz mniej wiarygodny. „The Gathering” to potęga nowoczesnego thrash metalu, niekiedy ocierającego się o death, mocarnego i doskonałego technicznie, który jako pierwszy próbował reanimować zapomniany styl. Warto nadmienić, że na perkusji udzielał się sam Dave Lombardo, który pokazał gdzie konkurencja leży i kwiczy:)
 
Dodajmy jeszcze małe rewolucje elektroniczne, jedną mainstreamową, tj. Rammstein „Sehnsucht” oraz drugą podziemną czyli Samael „Passage”. Hardych Niemców wszyscy znają, toż to potęga stadionowa, a klipy jak Engel czy Du Hast to legendy niemieckiej vivy:) Coś jednak ostatnio jakby poziom studyjny im spada, ale koncerty to nadal widowisko pierwsza klasa, ciekawe do kiedy będą budzić szok u starszych pań i panów:) Samael zaś zerwał z czarcim kotłem i oddał się transcendentalnym rozważaniom, wykorzystując klawisze, ich syntetyczną perkusję i wiele różnorakich orientalizmów – no i powstała nowa jakość. Teraz szukają pomysłu na kolejne ścieżki w muzycznej drodze, ale będzie im ciężko, w końcu Szwajcarzy przesadzają z precyzją, a tu ducha trzeba:)
 
Czas na polskie wyróżnienie, nasi, rodzimi mistrzowie. Zawsze dla mnie była to trójka. Zacznijmy od dziadków z Kata i ich „Róż miłości....”. Ciekawa płyta, bardzo klimatyczna, powstała w ciężkim okresie dla thrash metalu, stąd jej pewnie różnorodność. Roman zrezygnował z szatańskich igraszek na rzecz tych z sexem związanych, wyśpiewując o utraconym dziewictwie:) Dalej nasz Vader, nie Lord, ale nasz Vader i „De Profundis”, esencja ich stylu, wzór ultraszybkiego death metalu, sprawności w młóceniu cepem i precyzji nadgarstkowej. A na koniec sam Nerguś czyli jego Behemoth i „Satanica”, moja ulubiona płyta, gdzie Adam pokazał na co go stać, bez włażenia na Dorotkę:) Chwalcie i nie straszcie, że to diabeł, bo to ino Romki, Piotrki i Adasie nasze.
 
Na koniec musi polać się smoła, jak zapowiadałem - czas na black metal. Nie zapałem się na kultową II falę, tj. pierwsze długograje Mayhem, Burzum czy Dark Throne, byłem trochę za młody i bałem się zapachu siarki. Ale później, chwilę później, dopadły mnie mroczne hordy z Norwegii, przy czym nie doszło do podpaleń, morderstw, czy innych karygodnych czynów. Wymienię dwie płyty, pomnikowe, leśne odmiany black metalu, tj. Emperor „Anthems to the Welkin at Dusk” oraz Satyricon „Nemezis Divina”. Niewtajemniczonym, którzy się nie boją, polecam przesłuchanie intro oraz początku kolejnej kompozycji wspomnianego Emperora, w nocy gdy hula wiatr (odpowiednio Alsvartr (The Oath) oraz Ye Entrancemperium). To były czasy, gdy fatalne brzmienie płyty dodawało jej mocy i siły, gdy ginące w tym apokaliptycznym hałasie głosy, klawisze, niektóre partie perkusji stanowiły o mocy albumu. A Satyriocn to pewnie znają wszyscy, bo kto nie oglądał gołych cycków w klipie do „Mother North”:)
Dorzucam jeszcze wampirycznych Angoli z Cradle of Filth „Dusk And Her Embrace” oraz wizjonerów z Arcturus „La Masquerade Infernale”, którzy pokazali, że młodzież z lasów skandynawskich potrafi nieźle namieszać i odciąć się od swoich korzeni, gdy tylko zechce.
 
 
bojadżijew
O mnie bojadżijew

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (24)

Inne tematy w dziale Kultura