Wysypało ostatnio nowościami, w końcu idzie jesień, sezon ogórkowy za nami, czas wytężyć słuch. Nową płytę wydał Iron Maiden „The Final Frontier”. Cóż, dla fanów rzecz obowiązkowa, dla innych niekoniecznie. Przyjęło się mówić, że Ironi grają to samo. Niby i tu mamy to, co dla stylu Iron typowe, ale jest spore zaskoczenie już na początku, bowiem pierwsze 4 i pół minuty to jakieś dziwne odgłosy, klimat wręcz industrialny, transowy, ale potem bam i mamy klasyczne Maiden. Płytę cechuje progresywne podejście do tematu, długie wielowątkowe kompozycje, budowanie nastroju, zmiany dynamiki i różne odcienie wokalu Bruca. Trochę brak mi petard w stylu „Be Qiuck Or Be Dead, ale jest dobrze. Chyba najlepiej od czasów „Brave New World”, choć ostatnia płyta „Matter of Life and Death” też mi się podobała. W każdym razie fani będą wniebowzięci.
Pokazał się Disturbed z „Asylum”, od razu lądując czwarty raz z rzędu na szczycie Billboardu. Muzycznie nic nowego, wiadomo kto gra, bo maja dość charakterystyczny styl
z bardzo charakterystycznym wokalistą. David śpiewa bardzo ładnie, czasami odda głos dzikiego zwierza z Amazonii, tak jak to robił na pierwszej płycie. To co się zmienia
w muzyce Disturbed, to większe przywiązanie do tradycji, odcinanie się od nu metalu, nacisk na melodie, fajne solówki. Jak zwykle wzięli się za przeróbki, a to Judas Priest, a to U2. Choć Genesis „Land of Confusion” była dla mnie ciekawsza. Miło na sercu gdy muzyka metalowa, choć nie za mocna, rządzi w Stanach. Disturbed to już potęga i wyrabia sobie pozycję I zastępcy Metaliki (ale głównie chodzi o USA).
z bardzo charakterystycznym wokalistą. David śpiewa bardzo ładnie, czasami odda głos dzikiego zwierza z Amazonii, tak jak to robił na pierwszej płycie. To co się zmienia
w muzyce Disturbed, to większe przywiązanie do tradycji, odcinanie się od nu metalu, nacisk na melodie, fajne solówki. Jak zwykle wzięli się za przeróbki, a to Judas Priest, a to U2. Choć Genesis „Land of Confusion” była dla mnie ciekawsza. Miło na sercu gdy muzyka metalowa, choć nie za mocna, rządzi w Stanach. Disturbed to już potęga i wyrabia sobie pozycję I zastępcy Metaliki (ale głównie chodzi o USA).
Dużo bardzie niszowy Pro-Pain wydał kolejną już płytę „Absolute Power” (bodajże 12tą regularną) i nie zawiódł, przynajmniej mnie. Poraża mocą, taką z czasów „The Truth Hurts”, łączy ostry wyziew metalowy z corowym chóralnym skandowaniem, a czasami zapuszcza się w rejony wręcz death metalowe, co mi się bardzo podoba. Ach ten niezmordowany Gary Meskil.
Stone Sour i „Auto Secrecy” to rzecz mocna naciągana. Nagle Corey tak spokorniał i się w kobietach rozkochał, że zaczął tworzyć bardzo łzawe balladki. Nie ma tam ognia, smęci się to i nawet Nickleback przy nich to ostra jazda. Nie dziwi więc, że to właśnie Corey zgłasza najwięcej wątpliwości co do powrotu Slipknot po śmierci Paula Greya. Chyba stracił serce do mocnego grania na rzecz pazernej miłości.
Z rzeczy dużo mniej znanych, wręcz siarką podsypywanych, Morowe „Piekło. Labirynty. Diabły”. Polski, jak najbardziej nasz (po polsku wykrzyczany) black metal, ale taki nieśpieszny z wpływami doom metalu, szczyptą gotyku, nawet ambientu, odwołujący się do korzeni gatunku, jak Bathory. Frapująca nazwa, niebanalna muzyka, aura tajemniczości, godna polecenia rzecz nieszablonowa. Nominalnie debiut, ale to twór Nihila, człowieka odpowiedzialnego m. in. za Furię, a ta już jest bardzo znana w naszym podziemiu (również black z polskimi tekstami, ale muzycznie bliżej mu współczesnemu naparzaniu).
Z naszych uderzyli również powszechnie znani Acid Drinkers z drugą częścią „Fishdicka”, który ponoć zawojował listy przebojów i schodzi jak ciepłe bułeczki. Acidom przyświecała myśl, aby kowerowane numery metalowe zabrzmiały mało lub w ogóle niemetalowo (jak Slayer czy Metallica), a numery bardziej obyte w popkulturze (prawie cała reszta) zabrzmiały ostro i acidowo. Zabieg się udał, płyta jest ciekawa, mam nadzieję, że zwyżka popularności doda im mocy przy nagrywaniu „normalnej” płyty (pobicie Versus of Steel wcale nie będzie łatwe).
Hellyeah „Stampede”, czyli kapela Vinnego Paula (ex-Pantera) oraz dwóch gości z Mudvayne. To ich druga płyta, moim zdaniem całkiem dobra. To próba połączenia ostrego łojenia i południowego, teksańskiego luzu i smaczków z tamtego regionu Stanów. Jednak charakterystyczny wokal Chada Greya od razu wywołuje skojarzenie z Mudvayne, dotyczy to zwłaszcza tych numerów, które są budowana na ciętych, nowoczesnych riffach, autorstwa drugiego „mudvaynowca” w składzie czyli Grega Tribbetta. Cóż, przynajmniej Vinnie się nie nudzi i oprócz prowadzenia klubów ze striptizem, może sobie pograć na perkusji.
Warto wspomnieć o nowej płycie Volbeat „Beyond Hell Above Heaven”, chyba jeszcze nie miała oficjalnej premiery, ale w dzisiejszych czasach można wcześniej posłuchać. Mamy do czynienia z metalowym rockabilly, elvisowym śpiewem lidera, zaś dodatkowo wyłapałem darcie paszczy Milliego Petrozy (Kreator ofkorz) i jeszcze jakiegoś innego growlera, ale nie rozpoznałem kto to. Album zróżnicowany, mocno melodyjny, w sam raz na szalone imprezy z młodymi dziewczynamiJ.
Na sam koniec zespół, który sobie ostatnio błądząc na youtubie przypomniałem. Gojira. Francuska kapela, którą szufladkuje się jako groove death metal. Dla mnie groove to i Red Hot ma i Stonsi, zaś deathu w muzyce Gojiry coraz mniej. Są oryginalni i tyle. Metal nieszablonowy, teksty również, bo traktujące o naszym środowisku naturalnym, ale bez zacięcia proroczego. Słucham ich od około 2005 roku, od płyty „From Mars to Sirius”, i jestem pod dużym wrażeniem. Ostatnio, pod koniec sierpnia odwiedzili nasz kraj i zagrali koncert (razem z cudnym naszym klejnotem czyli Lost Soul, którzy promują absolut death metalu „Immerse In Infinity”). Na potwierdzenie moich słów o oryginalnym podejściu do grania ciężkiej muzyki, mały link do nagrania koncertowego, w dobrej jakości, bo dla francuskiego MTV. Enjoy.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)