bojadżijew bojadżijew
211
BLOG

Mentorzy

bojadżijew bojadżijew Kultura Obserwuj notkę 5

 

 
Nie ze świata polityki czy publicystyki, którzy królują na salonie. Chodzi mi oczywiście o mistrzów gatunku muzycznego, który jest w moim zainteresowaniu, czyli ogólnie pojętego metalu. Wybór subiektywny, nie silę się na „poprawność muzyczną”, bo nie piszę encyklopedii jak Wiesław Weiss, nie robię również rankingu. Zawsze można mieć inne zdanie, przynajmniej w dziale Kultura, tutaj nie ma podziału na prawdziwych i sprzedawczyków. Jak zwykle pogrupuję to sobie wszystko, dzieląc nasz piękny metal na podgatunki, bo chyba nie ma tak różnorodnego stylu muzycznego jak metal - od Black Sabbath, poprzez Meshuggah do Darkthrone wiedzie przecież kręta i długa ścieżka.
Zacznijmy od klasycznego heavy metalu. Czy jest jedna postać zasługująca na miano lidera heavy? Ja stawiam na Tommego Iommiego, który wymyślił riif metalowy. Genialny w prostocie, ciężki, tzw. power chord, u nas zwany „półchwytem” łatwy do napisania na tabulaturze. Podstawa i już. Dodałbym jeszcze Steve’a Harrisa, za jego upór w zrobieniu z Iron Maiden instytucji, „barona” metalu. Również za oryginalny styl gry na basie, wielowątkowe kompozycje Maiden i trwanie w wierze w trudnych latach 90-tych, gdy wszyscy wokoło wyśmiewali tradycyjne podejście do metalu. Jako rezerwowych dorzuciłbym jeszcze Bruca Dickinsona i Roba Halforda za ich niepowtarzalne barwy głosu i ciągle dobrą formę wokalną.
W thrash metalu nie ma dużo wątpliwości, mentorem jest James Hetfield. Człowiek odpowiedzialny za pierwszą płytę thrash metalową na świecie „Kill’em All”, potem rozwijający ten gatunek, aż do jego przechrzczenia w 1991 roku. To on wymyślał te genialne riffy, a riff podstawą każdy to wie. Mimo, że w każdej kompozycji jako współautor pojawiał się Lars Urlich, to on raczej dbał o aranżację, bo o tworzenie riffów gitarowych go nie podejrzewam. Choć to upór Larsa spowodował, że zespół przetrwał i zdobył pozycje giganta, bo ktoś musiał Jamesa trzymać w ryzach. Można przyjąć, że gdyby nie gitara to James zostałby kierowcą ciężarówki, a potem pewnie straciłby uprawnienia za jazdę po pijaku. Na szczęście mały Lars znalazł patent na kolegę i dopiął swego, oczywiście po drodze dobierając do zespołu wyjątkowe jednostki jak Kirk Hammett i Cliff Burton. Wszystko to dało nową jakość w metalu, o której wciąż się pisze i mówi. Z małej przekory do Jamesa dorzucę jeszcze Dave’a Musteina, który po usunięciu z Metalliki poradził sobie i z Megadeth osiągnął co było do osiągnięcia, mimo skrajnie trudnej i złożonej osobowości, specyficznego sposobu śpiewania (przez zaciśnięte zęby) i kompleksu Metalliki (te łzy) - toż „Symphony of Destruction” to klasyk jak „Enter Sandman”.
Death metal, tu wskażę Chucka Schuldinera z jego Death (sama nazwa wskazuje na korzenie gatunku). Cóż, Chuck jak już wcześniej pisałem zaczynał od prymitywnego naparzania, złowieszczo brudnego thrashu przechodzącego w coś nowego jak na tamte czasy (podobnie czynił Possessed), dochodząc do bardziej wyrafinowanych dźwięków, gdzie poszanowanie tradycji dla ojców heavy metalu, ognista technika w łapach, wycieczki progresywno-jazzowe doprowadziły do zerwania z kostycznym pojmowaniem deathu. Szkoda, że zostało to brutalnie przerwane przez śmierć lidera, mego mistrza i mentora. Dorzucam w tym miejscu jeszcze Treya Azagthotha, bo właściwie debiut Morbid Angel „Altars of Madness” z 1989 roku zdefiniował na czym polega ekstremalny death metal, stanowił punkt odniesienia dla wszystkich początkujących kapel pragnących grac najbrutalniej na świecie. Sam Trey pozostał jednym z najbardziej oryginalnych gitarzystów metalowych, czerpiąc z wielu gatunków muzycznych, inspirujący się m. in. Zappą, oraz otaczający się aurą tajemniczości płynącą z filozofii Sumerów.
Większy kłopot mam przy black metalu. Jak to już pisałem, wiele tu odmian, fal, lat rozwoju. Wiadomo, że w latach 80-tych rządził Venom i Cronos, człowiek bezkompromisowy, który dalej ciągnie ten wózek, już bez starych kumpli. Podobnie rzecz ma się z Tomem G. Warriorem (Fisherem) z Celtic Frost, postaci legendarnej, która mimo cholernie skomplikowanej osobowości, pewnego rodzaju socjopatii, dalej miesza w metalu. Ostatnio z Triptykon, których debiut (ale co to za debiut z Fisherem) wgniótł mnie w ziemię. Widać, że na starość to nie tylko ciepłe kapcie, country i whisky, ale można jeszcze być twórczym a przy tym nie przehandlować brzmienia na cola light. Z młodszych warto by wspomnieć o kultowych Euronymusie i Fenrizie, czyli gościach odpowiedzialnych za tzw. II falę, odpowiednio Mayhem i Darkthrone, ale nie wiem czy są to osobowości na miarę wyżej wymienionych, na pewno Fenriz, ze swoim już coraz większym stażem wchodzi w wiek mentora.
Jako legendę „stojącą ponad podziałami” trzeba wskazać Lemmego, bo to instytucja światowa i esencja stylu życia rockera w jednym. Z mniej popularnych dorzucam Dana Swano (wielce niedoceniony), który para się różnorodnymi gatunkami od prog rocka aż po black (w tym produkcja płyt). I pewnie jeszcze wielu, ale nie mam czasu na przeglądanie starych płyt, więc lista jest niepełna i wybrakowana. Podkreślę jeszcze raz, że wybór może być różny, dla niektórych bogiem metalu jest i pozostanie Dio, a dla innych rewolucjonista Fredrik Thordendal. Na koniec jak zwykle trochę uciechy dla oka, nowy klip mainstreamowców z Norwegii, czyli Dimmu Borgir z singlem z najnowszej płyty „Abrahadabra” (dla wielu wzbudzających śmiech, dla innych olewka bo sprzedawczyki, ale nadal schodzi, kto więc to kupuje? Opryszczone 14 - latki? Nie, to za łatwe wytłumaczenie. Może są dobrzy? Hm, ostatnie nagrania dowodzą zniżki formy, ale ta nowa płyta, cóż po dwóch przesłuchaniach robi wrażenie – subiektywnie rzecz jasna).
 
bojadżijew
O mnie bojadżijew

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Kultura