weronka weronka
56
BLOG

Status quo

weronka weronka Polityka Obserwuj notkę 1

Pomimo kilkudziesięciu już lat "nowego systemu" w Polsce nadal nie udało się wypracować warunków, w których uzdolniony, ciężko pracujący obywatel mógłby żyć dostatnio otoczony społecznym szacunkiem z powodu sukcesu, na jaki sam zapracował. Koniunktury i wzrosty gospodarcze powinny z czasem skutkować poprawą standardu życia, a po czasie niskich poborów polepszenie warunków nastepować automatycznie. Stało sie tak kiedyś w Japonii czy w Niemczech, teraz dzieje się w Chinach. Ale nie choćby w Indiach i nie w Polsce. Bo gospodarki tych krajów nie rozwijają się? W Indiach wciąż funkcjonuje system kast, który tłumaczy oczywistość ciężkiej sytuacji finansowej pariasa i nieco lepszych kolejnych kast zapewniając dobrą sytuację materialną i poważanie tylko niewielkiej grupie, do której osoby z kast pozostających nizej w herarchii nie mają wstępu. W Polsce prywatyzacje, które  miały stanowić w założeniu bodziec do rozwoju, posłużyły do spłaty doraźnych zobowiązań, nie stworzono dostatecznie sprzyjających warunków dla przedsiębiorców a słynna korupcja razem z szeroko rozumianym nepotyzmem dała przewagę jednym blokując innych.  

Pod pewnymi względami porównanie indyjskiego systemu kast do polskiego zastanego i kontynuowanego podziału, jaki przetrwał w przeróżnych branżach z czasów komuny czy ukształtował się po 1989 wydaje się uzasadnione. Bo praktycznie od czasu przemiany ustrojowej brak nowych nazwisk w rankingach najbogatszych Polaków, te same nazwiska przewijają się w polityce, trudno szukać nowych we władzach instytucji państwowych, szkolnictwie wyższym, ubezpieczeniach czy ochronie zdrowia. Zjawisko dotyczy szczególnie tzw. autorytetów - osób najbardziej znanych i poważanych w swoich dziedzinach.

Akcesja do NATO i Unii Europejskiej nieco tę sytuację zmieniła, bo w grupie najbardziej znanych i rozpoznawalnych pojawiły sie nowe osoby docenione za granicą. Jednak w większości owe autorytety wywodzą się z czasów minionych albo okresu przełomu; to wtedy osiagneły społeczny szacunek i uznanie. W kraju, w którym wszystkiego jest mało, mają dostęp do źródeł finansowych i skoro nawet dla nich nie jest porównywalny z finansowaniem ich kolegów po fachu mieszkających w krajach rozwiniętych gospodarczo, to tym bardziej istotny jest szacunek społeczny, bo tez jest żródłem profitów, nawet jeśli niematerialnych.

Dlatego nigdy nie zgodzą się na lustrację, dekomunizację czy jakiekolwiek historycznie uzasadnione sprostowania przebiegu dziejów najnowszych. Dla wielu tzw. autorytetów poważanie jest najważniejszym, co mają i nie oddadzą tego dobrowolnie. Prezes zagranicznego banku może przed ogłoszeniem jego upadłości liczyć na solidną odprawę, a skompromitowany pracownik naukowy dzięki wcześniejszym poborom i publikacjom utrzyma siebie i rodzinę. U nas zostanie odcięty od programów, w większości zagranicznych, które dawały mu bieżące utrzymanie, bo przecież pensji i tak wysokiej nie miał. Utraci mozliwości, jakie ma z racji pełnionej funkcji, polegające na "wzajemnej pomocy"- jednym z głównych profitów zajmowanych stanowisk, bo nikt mu nie pomoże, skoro sam nie będzie miał juz możliwości rewanżu.

Ta "wzajemna pomoc" jest ciagle aktualnym reliktem PRL; kiedyś sklepowe wymieniały wędliny na proszek do prania, a prezesi mieszkania na samochody. Teraz przysługa w postaci załatwienia pracy może być odwzajemniona lepsza opieką w szpitalu, a wygrany przetarg promocyjnym remontem domu. Zjawisko jest aktualne, bo tworzące je osoby pamietaja tamte czasy i przywykły w ten sposób funkcjonować, ale również (przede wszystkim?) dlatego, że dóbr jest wciąż zbyt mało w stosunku do aktualnego zapotrzebowania; jak za komuny. Ich uczniowie zostali wprowadzeni w tryb funkcjonowania i kontynuuja go, bo tak to po prostu jest.

Polski biznesmen, choćby był najmajętniejszy w kraju, nie zbliży się nawet do listy Forbesa. Profesor zwykle ma na własność relatywnie niewiele poza władzą sprawowaną nad studentami i asystentami, szacunkiem społecznym, możliwością spotykania się jak równy z równymi na zagranicznych sympozjach. Po latach wreszcie może sobie pozwolić na życie we względnym dostatku, bo choćby kupił tanio atrakcyjną działkę rekreacyjną wzamian za przysługę zgodną z prawem, już wybudował dom, jeszcze pomaga z grantów dorosłym dzieciom, ułatwia im życiowy start, ale teraz jest w końcu wolny, wreszcie może pozwalać sobie na drobne przyjemności, sponsorowane rauty i noclegi w drogich hotelach, przeloty pierwszą klasą. A polityk chętnie pojedzie na dowolne zagraniczne wykłady, jeśli tylko ktoś zechce go go zaprosić oferując gratyfikację finansową połączoną z luksusem warunków.

Inaczej wygląda to w stabilnych finansowo państwach. Ostatnio prasę brytyjską obiegła elektryzująca wieść jakoby były premier GB rozważał płatne wykłady. Informacje były utrzymane w tonie skandalu, brak doniesień, aby premier ostatecznie zdecydował się na tę formę zarobkowania. Naukowcy w USA czy Anglii niechętnie decydują się na udział w niewiele wnoszących, pracochłonnych ale płatnych cudzych projektach badawczych, bo ich pobory są wystarczające i nie muszą szukać dodatkowych źródeł finansowania. W Polsce wezmą wszystko  zyskując dodatkową władzę nad podległymi im pracownikami, bo oni zarabiaja jeszcze mniej i chętnie dopomogą wykonując całą pracę wzamian za część gratyfikacji.

Oni wszyscy nie zgodzą się na zmianę wypracowanego latami status quo. Nigdy nie poprą władzy, która chciałaby ten status zmienić. Zbyt wiele maja do stracenia. Zetknęli się ze standardem, do którego kiedyś nie mieliby dostepu i na który teraz nie byłoby ich samodzielnie stać, a są w wieku, w którym nie zaczną od nowa, zresztą dlaczego mieliby zaczynać, kiedy ich koledzy będą nadal cieszyć się poważaniem i dostępem do profitów w ubogim kraju. Na zmiany nie zgodzi się dziennikarz "starej daty" przyzwyczajony do rozpoznawalności, stałości publikacji, zatrudniony na stałym etacie z dostępem do "chałtur" czyli zasiadania w przeróżnych jury czy udziału w prowadzeniu warsztatów edukacyjnych. Również ten stosunkowo młody, ale wypromowany przez media oferujące stałe pobory, jakich nigdy nie uzyskałby gdzieś indziej często podporządkuje się działaniom służącym utrzymianiu ich linii. Bo już wziął wysokie kredyty, które spłaca, przywykł do imprez na poziomie, o jakim większość obywateli nawet nie mogłaby pomarzyć, choć w bardziej rozwiniętych krajach nie są czymś wyjątkowym. Największe polskie media nie potrzebują "wolnych strzelców".  

Przyzwyczaili się tak żyć, dopasowali do nowych warunków czerpiąc z nich wszystko, co tylko się da. Jest ich całkiem sporo. Są w stanie zrobić wiele, aby nie dopuścić do rozsypania legendy, jaką stworzyli, bo sami są jej częścią.

 

weronka
O mnie weronka

Apel Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010 Cytaty: "Komuna zaś, odkąd się stała lewicą jest demode" Stary ŚWIĘTA DLA POWODZIAN

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka