- Czy myslisz, ze mogłoby cię coś powstrzymać?
- Nie.
(Motto z reklamy leku Ibuprom)
Dzieje polskich protestów w związku z budową nitki Nord Stream są barwne i dość złożone. Na początku nie chcieliśmy się zgodzić na udział w gazociągu, potem na alternatywny transport gazu ze Skandynawii, jeszcze później skutecznie zablokowaliśmy budowę w pobliżu linii brzegowej. W sukurs protestującym nieoczekiwanie przyszła Szwecja, następnie wycofała się. W tzw. międzyczasie trwały uzgodnienia stron niemieckiej i rosyjskiej aż w kwietniu tego roku budowę rozpoczęto, a stało się to przy milczącej akceptacji krajów położonych wzdłuż linii brzegowej Morza Bałtyckiego.
Tymczasem dziś okazuje się, że Polska zwróciła się do Komisji Europejskiej z petycją o wstrzymanie budowy tej części gazociągu, która prowadzi przez drogę wodną do Szczecina. O tym, że taka petycja instnieje poinformował opinię publiczną nie nikt inny, ale premier WNP Władimir Putin. Uczynił to podczas wywiadu udzielonego "Kommiersantowi" w dniu wczorajszym na holenderskim statku "Solitaire" układającym odnośny fragment gazociągu w Zatoce Fińskiej.
Według Putina polskie władze twierdzą, że protestują ponieważ chcą w przyszłości pogłębiać droge wodną, aby mogły do Szczecina przypływać tą drogą większe statki: obecnie jej głębokość wynosi 13,5m, docelowo ma to być 15m. Tymczasem gazociąg ma przebiegać na głebokości 2,5m.
Zarzuty Putina wobec protestu są dwa:
- brak umotywowania potrzeby głębokiego kanału, skoro 2.5 w ocenie Putina całkowicie wystarcza ( jest to zgodna z europejskimi standardami poduszka bezpieczeństwa);
- brak prawa Polski do omawianego terenu - odcinek, o którym mowa, przebiega przez wody terytorialne Niemiec.
Dziennikarz "Kommiersanta" zainteresował się, czy petycja ma związek ze sprawą Zakajewa, która ostatnio zbulwersowała rosyjską opinię publiczną. Putin odparł, że bynajmniej i trudno nie zgodzić się z tym akurat jego stwierdzeniem, bo petycja musiała trafić do KE znacznie wcześniej, niż pojawił się temat wydania Zakajewa.
Jednak Putin nie poprzestaje na zaprzeczeniu i tłumaczy przyczynę wysłania przez Polskę petycji: Po prostu chcieli otrzymać nasz tranzyt - i dodaje - Jest oczywiste, że mimo wszystko przejdziemy.
Nie wątpię, że pewnie rzeczywiście mimo wszystko przejdą, ale sytuacja skłania, a przynajmniej skłoniła mnie, do licznych refleksji. Bo dlaczego o tak ważnym zagadnieniu, jak utrzymanie transportu morskiego dowiadujemy się przypadkowo i to nie od władz polskich czy Unii Europejskiej, tylko od Władimira Putina? I skąd on w ogóle wie o tym, że takie pismo zostało do Komisji Europejskiej złożone?
Przecież chyba nie było ostatnio spotkań polsko - rosyjskich "na szczycie" czyli sprawa raczej nie była ostatnio omawiana z udziałem szefów polskiego i rosyjskiego rządu. W sprawie nie wypowiedzieli się też Niemcy bezpośrednio zainteresowania z racji prawa własności odnośnego terenu.
Kolejna kwestia to termin złożenia petycji o ponowną zmianę toru gazociągu. Czy stało się to dość już dawno, a Putin wspomniał o takim żądaniu Polski jednak w związku ze sprawą Zakajewa? Bo trudno by podać jakiś inny powód do poruszenia przez niego tego tematu podczas wizyty roboczej na holenderskim statku, jesli żądania Polski były mu znane od dawna.
Jest prawdopodobne, że Polska rzeczywiście wystapiła o zmianę trasy stosunkowo niedawno. Sugerowałaby to wypowiedz Putina, że kraj składając petycję nie przedstawił żadnych planów pogłębiania drogi wodnej do Szczecina aby w przyszłosci mogły korzystać z niej większe statki. Jeśli tak, jeśli stało się to już po rozpoczęciu przez Rosjan i Niemców budowy, a żądania są rzeczywiście istotne dla polskiego transportu morskiego, to ... jaki był powód tak późnego poruszenia ważnego dla Polski tematu - w praktyce istotnego ograniczenia dostepu do morza - bo pojawia się pytanie, czy Ministerstwo Transportu nie skupiło się z niewytłumaczalną wyłącznością na trasach krajowych i dlatego nie "dostrzegło" problemu, kiedy był na to czas, ale dopiero wtedy, kiedy prawdopodobnie na protesty jest już za późno.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)