Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu "Rzeczypospolitej". Podczas wywiadu obok innych tematów poraz kolejny zdecydował się na ocenę szans na wygranie wyborów prezydenckich, jego zdaniem nie w pełni wykorzystanych.
Temat powraca pewnie dlatego, że jego analiza mogłaby być pomocna w organizacji przyszłych kampanii, a od wyborów upłynęło już dość czasu, aby można było spróbować dokonać rzeczywiście retrospektywnej oceny tak samych przygotowań do wyborów, jak atmosfery, w której przebiegały. Ale tamtej atmosfery powtórzyć się nie da. Była unikalna, jeśli to określenie jest odpowiednie. Prawdopodobnie to również dzięki niej Jarosław Kaczyński uzyskał wynik taki, jaki uzyskał. I ... właśnie dzięki stonowanej kampanii, jaka prowadził. Bo prezes Kaczyński nie był lubiany jako osoba nawet przez część zwolenników PiS - u nie mówiąc o reszcie elektoratu, której jawił się wcześniej kimś na kształt pokrzykującego Bartoszewskiego. Ale to J. Kaczyński pokrzykiwał wcześniej, a ludzie nie mają zaufania do kogoś niespokojnego, kto krzyczy i pomstuje do kamer na stanowisku prezydenta kojarzonego z ojcem narodu. Dlatego teraz Bronisław Komorowski wystepując publicznie stosuje manierę ojca narodu właśnie, a choć podniosły ton, jakim wygłasza swoje obiektywnie kiepskie przemówienia - zupełnie inny od sposobu, w jaki wypowiadał się będąc marszałkiem sejmu - co najmniej irytuje, to urzędujący prezydent cieszy się wysokim sondażowym zaufaniem.
Podczas tych wyborów zanotowano masę nieprawidłowości, również związanych z poraz pierwszy zastosowanym ułatwieniem dla osób głosujących poza miejscem zamieszkania. Sąd orzekł jednak, że nie miały wpływu na końcowy wynik. Chyba nie tylko ja tej pewności nie mam, bo końcowa różnica była niewielka. Ale naprawdę trudno przesądzić, czy bardziej zdecydowane odwołanie się do tragedii smoleńskiej przyniosłoby efekt w postaci większego poparcia. Wszyscy przecież wiedzieli, że sie wydarzyła. Może mogli o niej mówić więcej co najwyżej członkowie Prawa i Sprawiedliwości, ale nie sam kandydat. Ale może i to nie, bo trudno zapomnieć rozpętaną wtedy kampanię medialną. Natomiast nawet części własnych zwolenników Jarosława Kaczyńskiego nie odpowiadało porzucenie przez niego partii, a to stałoby się nieuchronnie, gdyby objął urząd prezydencki.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)