Jak informują media, na Konwencji Krajowej PO wśród innych zmian strukturalnych została uwzględniona jedna z obietnic złożonych przez wówczas jeszcze kandydata na urząd prezydencki Bronisława Komorowskiego: wprowadzono parytety. W myśl podjętej uchwały "w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych na listach wyborczych PO w każdej pierwszej piątce miejsc znajdą się minimum dwie kobiety" (onet.pl).
Decyzja o takim sposobie konstruowania list mogłaby spowodować dyskryminację kandydatów mających w kontekście nieszczęście prezentować płeć męską skoro wcześniej nie było zapisu - nadal nie ma - że np. trzy albo i nawet dwa czy jedno (!) nazwisko musi należeć z kolei przepisowo do mężczyzny. Mogłaby, gdyby list nie ustalał Zarząd, dodatkowo wzbogacony na tej samej Konwencji o przedstawicieli regionów. I gdyby w praktyce wyborczej nie było standardem "dodawanie" głosów z całej listy przede wszystkim na tzw. jedynki. Bo to nie tylko wyborca głosujący zwykle "na partię" zakreśla pierwsze nazwisko, ale również naliczanie głosów jest uzależnione od pozycji na liście.
Można przypuszczać, że panie będą otrzymywały przeważnie miejsca czwarte i piąte, więc uchwalony sposób opowiedzenia się za parytetami, a przez to realizacji choć jednej z obietnic Bronisława Komorowskiego szkód ani niewygody typującemu kandydatów Zarządowi nie przyniesie. Co innego, gdyby uchwalono, że w każdych władzach regionalnych ma zasiadać 2/3 kobiet albo, co gorsza, w ... Zarządzie PO! Czy Radzie politycznej. Albo we władzach Klubu Parlamentarnego skoro "partytet" ma dotyczyć posłów na Sejm RP z ramienia tego ugrupowania. Ściślej nie posłów, jedynie kandydatów.
Parytety jako takie, jak to zostało wspomniane wyżej, nie mają wiele wspólnego z równością, tolerancją czy walką z dyskryminacją; przeciwnie, wprowadzają segregację płciową wygladającą dość archaicznie, bo przywołującą czasy batalii o szkoły koedukacyjne czy prawa kobiet do udziału w głosowaniach. Prawa nadano dość już dawno temu, natomiast walka o parytety może kojarzyć się z działaniami obliczonymi na wprowadzenie matriarchatu skoro nie gwarantuje sie równolegle ilości miejsc mężczyznom. Z kolei działania zmierzające do ustawowego wyznaczenia w każdej dziedzinie równej ilości miejsc dla mezczyzn i dla kobiet sprowadzą dobór pracowników do segregacji płciowej spychając na dalszy plan kompetencje kandydatów.
Wprawdzie interpretacja parytetów, jaką uchwaliła PO skłania do przypuszczeń (z dużą dozą prawdopodobieństwa), że opisane konsekwencje jej nie zagrożą. Ale czy była w ogóle konieczna produkcja kolejnej fikcyjnej uchwały tylko po to, aby zaprezentować ją opinii publicznej?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)