Mercedes wachlowała się liściem baobabu w to wczesne, upalne przedpołudnie. Nagle do jej kosztownego buduaru wbiega Juan Alejandro!
- Odejdę! - krzyczy rwąc firmową koszulę na piersi.
- Wenezuela! Podaj nam kawy! - wdzięcznie woła Mercedes zasmucona dramatem Juana Alejandro, który jest jej nowo odnalezionym synem.
A kilka dni wcześniej, o poranku w przytulnym zakątku naprzeciwko fabryki...
-Odejdę albo nie odejdę! - Jose Montenoya klęcząc sypie wkoło drobny żwir wypełniający drogę do posiadłości Juarez brocząc obficie, gdyż poranił sobie uprzednio twarz paznokciami.
- Aha - odparł ogrodnik.
- Dłużej tego nie zniosę albo zniosę, ale ostrzegam, tylko do zakończenia promocji nowej kolekcji!
- Aha - dodał ogrodnik.
Natomiast kilka dni póżniej...
- Nie odejdziemy, ale niech ten okrutnik nas wysłucha! Domagamy się, wysłuchaj nas Juarezie, wiemy, że zrobisz wszystko, zeby nas wyrzucić! Będziemy tu stać i wołać póki nas nie wysłuchasz!
- Pan Juarez wyjechał przed tygodniem w sprawach biznesowych, nie wiadomo, kiedy wróci, ale przykazał wam nie przeszkadzać ani nie wołać policji. Zgłodnieliście? Może wam przynieść kawy?


Komentarze
Pokaż komentarze