W ciągu jednego życia udało się nam załapać na końcówkę socjalizmu z rewolta Solidarności, na wyprzedaż i uzależnienie od banków młodej demokracji, na upadek ideałów zawłaszczonych przez rząd, który dopuścił do największej paranoi nowożytności: oddania śledztwa dotyczącego śmierci władz kraju państwu, ktorego obywatele z natury okoliczności śmierci mogą być podejrzani o jej spowodowanie.
Zatoczony krąg, wykonane rondo; życie stoi przed oczami prawie, jak w sekundzie śmierci według relacji niektórych literatów.
Koniec. To trzeba było powiedzieć od razu, wtedy. Zaraz po tragedii, kiedy jeszcze był wrak samolotu, w pierwszych godzinach, gdy ważyły się losy sledztwa, a traktory jeszcze nie zrównały terenu z ziemią. O tym należało mówić zamiast zabawiać się w miłą kampanię; należało krzyczeć. Ale dramat był zbyt wielki, aby opanować się i drzeć szaty w sposób przemyślany.
My jako naród nawykliśmy do wstrzemiężliwości gestów i slów - taka metoda przetrwania, tłumienie emocji, nie pokazywanie po sobie, co naprawdę czujemy, więc kiedy ktoś krzyczy, to wkłada w to wysiłek. Nie robi tego naturalnie, z potrzeby duszy - bałby się.
Kiedy u nas ktoś krzyczy, wie dobrze, ze krzyczy i robi to jakoś celowo. Tak właśnie postąpił premier polskiego rządu w dniu wczorajszym: podnosząc głos był świadom, że ma pokazać takie właśnie emocje.
Inna była narzucona postawa po tragedii: celowo wszyscy starali się być spokojni, konkurowali ze sobą w stonowaniu wypowiedzi bezpośrednio po, tym bardziej potem, podczas kampanii prezydenckiej; też aby omamić, oszukać, aby zyskać w jedyny możliwy sposób wpływ na śledztwo. Owszem, trzeba to powiedzieć wyraźnie: zamiast mówić o tym, co istotne, również ja uważałam, że należy zrobić wszystko, aby prezydentem został kandydat PiS. Sądziłam, że kandydat PO nie poprowadzi śledztwa, a na rząd PO nie ma co liczyć, niemniej bylo to kombinowanie, niewiele warte, jak sie okazało. Wtedy trzeba było jeszcze intensywniej i głośniej mówić oczywistości, a nie wchodzić w "układ" polegający na wspólnym udawaniu, ze nic się nie stało licząc na wystąpienie takiej samej chęci udawania i "przechytrzenia" u więcej, niż 50% obywateli.
To było niepotrzebne, bo zamazało jasność intencji, jaką stanowiło przecież wyjaśnienie tragedii smoleńskiej, a nie zapewnienie odpowiedniej osoby na stanowisku prezydenta. To nie były cele tożsame.
Wrogowie koncepcji Jarosława Kaczyńskiego na stanowisku prezydenta to nie były te same osoby, które twierdziły, że Lech kazał lądować. Zwolenników tezy o samobójstwie i naciskach było znacznie mniej, niż niechętnych prezydenturze Jarosława.
Dwóch spraw za jednym zamachem załatwić się nie udało. A teraz mnie osobiście przeszkadza konflikt w PiS, choć przykłady społeczeństw innych krajów uczą, że widząc jawny dramat czy niesprawiedliwość nie rozwiąze się problemu w oparciu o konkretnych polityków czy frakcję. To obywatele, sami muszą chcieć, a jesli będą odpowiednio silni, znajdą się politycy, którzy im dopomogą.
Dlatego teraz piszę, że nastapił koniec. Nie interesuje mnie, co powie Tusk, co oznajmi Miller czy ktokolwiek z MAK-u, choć czasem zestawienie ich wypowiedzi przynosi interesujące rezultaty, czego przykład daje choćby w swoim dzisiejszym tekście Ludwik Dorn.
Politycy niech walczą, ale oni nie wywalczą nam śledztwa ani nie powstrzymają kraju na równi pochyłej ku bankructwu, a ja nie mam ochoty czekać nic nie robiąc na "nieuchronne".


Komentarze
Pokaż komentarze (9)