Niedawno obejrzałam poraz pierwszy film "Katyń" z 2007 roku. Po kapitalnym początku - tłum na moście uciekający i dociskany z obu stron przez dwie armie - nieco sztuczna, fanfarońska rola Stenki, dumnej żony generała, ni w pięć, ni w dziewięć sentymentalistyczny wątek z żoną rotmistrza, która odszukała go by domagać się, aby wybierał: rodzina czy armia. Stosunkowo niezły wątek siostrzeńca, jednak mało wiarygodny, bo postanowiono umożliwić mu zdawanie matury pomimo jego deklaracji o sprawstwie Sowietów zbrodni katyńskiej, a potem chciano zabić za, być może, zerwanie plakatu. Niedokończony - siostry inżyniera lotnictwa, bo nie wiadomo, co działo się z nią dalej, kiedy już zeszła do aresztu; czy moze uratowała ją własna siostra?
Beznadziejnie głupia końcówka z industrialną muzyką przy zrównywaniu ziemi. Najlepsze fragmenty dokumentalne, kręcone jak zawsze przez doskonałych i twórczych polskich operatorów - jedyny wątpliwy to ten ze spłukiwaniem krwi po każdym zabijanym oficerze, bo można przypuścić, że nie chciałoby się czerwonoarmistom aż tak skrupulatnie dbać o estetykę. Dekoracje i ubiory również zostały wykonane świetnie przez scenografów. Ten zupełnie nieprawdopodobny błękit wstążki - lazur, turkus jako swoisty, wnętrzarski, dziewiarski leitmotiv. Dobre były też fragmenty "grane": ładnie przez Globisza, sądzę, że w znacznym stopniu autorsko przez pana rektora Englerta - jego rola, choć nie pojawia się często, jest najlepiej wykonana, rzecz jasna obok roli Mai Komorowskiej.
Jednak sam Wajda nie rzucił filmem na kolana, nie dziwię sie zupełnie, że film nie został nagrodzony Oscarem i przypuszczam, że o nominacji zadecydowało historyczne tło. Ale dyskusja nad jakością to jedno, ostatecznie przecież nie jestem żadnym autorytetem w sprawach kina; nie wiem, czy jestem w jakichkolwiek. Możliwe, że gust gustem. Nie rozumiem, jak Wajda, kręcąc przeciez ten film więc pamiatając, nie miał żadnego skojarzenia opisanej historii z wydarzeniami po tragedii smoleńskiej z ubiegłego roku.
Dziwi mnie to dlatego, że nie widząc filmu miałam z tragedią katyńską podobne skojarzenia obrazów: pozostawiony zegarek, na który poraz ostatni sprawdzono godzinę, dopiero co poślubiona żona opuszczona przez oficera, który zginął. Wprawdzie Wajda opowiada o kobiecie, która jest zoną (najmłodszego - Wajda nie powstrzymał się przed pseudohollywoodzkim pomysłem, w kontekście nieco tandetnym - chyba, że to autentyk) rotmistrza od dobrych kilku lat, dodaje historię zamiany danych, bo sweter pożyczony z danymi na metce. Niemniej nie chce się wierzyć, aby sam każąc spychaczom zrównywać teren tak, jak robili to wtedy Sowieci, sam ucząc aktorów, jak mają przedstawiać zafałszowywanie przez nich sprawstwa teraz stanął w pierwszym szeregu krytyków rodzin ofiar tragedii smoleńskiej.
Może artystą wielkim nie jest, ale mógłby byc porządnym człowiekiem. To przecież też dużo.
PS.Wajda już od dobrych kilku miesięcy nie występuje w Komitetach Poparcia, ale to raczej zbieg okoliczności.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)